|
Piława (Borne Sulinowo -
Szwecja)
Drugi rok spływania. Chyba chwyciłem
bakcyla. Zaczęliśmy z Bornego Sulinowa. Miasto do niedawna nie
zaznaczone na mapach. Była baza wojskowa przyjacielskich wojsk
radzieckich. Do dziś widać, że jest tam jakoś inaczej. Tony niewybuchów
i min po lasach gdzie jest zawsze dużo grzybów ponieważ nikt ich nie
zbiera ze strachu. W samym mieście część domów wyremontowana, a cześć
straszy zgliszczami i ruinami.
Zaczęliśmy od przeogromnego i rewelacyjnego do żeglowania jeziora. Dla
kajaków nie jest to najlepsze miejsce, silny wiatr, wysoka fala, a my
przez całe jezioro. Następnie jakieś takie rozlewiska, na których
Przemek i Fedor chcieli zobaczyć jak to jest jak się człowiek na kajaku
wywala. No i się wywalili. Nie przewidzieli, że wpadną do wody po
szyję, w muł i że kajak jak się napełni wodą wcale nie jest taki łatwy
do obrócenia, jak się jest tak głęboko a brzeg jest porośnięty trzciną
i nie da się wyjść na brzeg. Ze względu na to, że to było
"kontrolowana" wywrotka, a przynajmniej tak była planowana, nikt się
nie zatrzymał, aby pomóc. Było dużo zabawy szczególnie dla tych, którzy
siedzieli w suchych kajakach. W ogóle pierwszy dzień był strasznie
wiosłowy. Po rozlewiskach była jedna zastawka, po której rzeka trochę
przyspiesza i znów wielkie rozlewiska. Ciekawa sprawa rozlewiska nie
chcą się skończyć i można na nich zabłądzić. Nocleg w Nadarzycach.
Ognisko. Po prostu miodzio.
Drugi dzień, rzeka elegancko przyspiesza, a my gnamy razem z nią.
Kończymy w Szwecji. Ulubiony acz czerstwy
żart na temat tej wsi to że można się ta dostać bez paszportu.
Spotkaliśmy w tej wsi również stróża prawa. Żulik w policyjnej czapce
umilał nam czekanie na transport kajaków.
|