|
Gwda
(Gwda Wielka - Jastrowie)
No pędzimy. Nie dość, że dwa dni na
wodzie, więcej kilometrów niż kiedykolwiek, to jeszcze pierwszego dnia
34-37 km (w zależności od wersji
przewodnika) no i 68 osób – 34 kajaki. Po prostu skandal to mi się nie
śniło nawet w najgorszych snach. No nic, ale czas się uczę.
Mała dygresja dla osób organizujących spławy: 68 osób to za dużo J. I pewnie z tego powodu już
myślę nad przyszłym rokiem, aby zorganizować dwa kajakowania. Jeden hard a drugi soft.
Większość z nas przyjechała w piątek wieczorem.
Nieźle to wyglądało. Puste pole namiotowe w Lędyczku, które zaledwie w
kilka godzin przekształciło się w obóz dla 60 osób. Spływ dla
znajomych. Nic, że 1/3 tych ludzi nie znałem J. Ognisko integracyjne wypadło
pomyślnie, nawet wszystko pamiętam nawet to, że o świcie kąpałem się w
rzece. Oj, jaka zimna woda była. Może dlatego w sobotę były osoby,
które miały większego kaca niż ja. Prawda, Pyra?
Wyruszyliśmy w sobotę rano z Gwdy Wielkiej. Troszkę byłem wkurzony ja
zobaczyłem, że koleś od kajaków jeszcze ich wszystkich nie zwiózł na
miejsce startu przez co niektórzy z nas startowali dopiero koło 11, a
do przepłynięcia był szmat drogi. Znów się uczę.
Pierwszy dzień był makabryczny przeszkoda za przeszkodą. Osobiście
spędziłem pół dnia po pas w wodzie (na mojego kaca najlepsze
lekarstwo). Powiem szczerze nie wiem co się działo z większością ludzi
bo płynąłem ostatni zwijając maruderów (fajnie było, nieprawdaż
dziewczyny). Muszę jednak przyznać, że maruderki były niezwykle dzielne
i można było zaobserwować cudowną przeminę z marudzenia i zniechęcenia
spływem do prawdziwej, wspaniałej chęci pokazania, że damy radę. Serio
byłem z Was dumny.
Mimo największych chęci nie wszyscy dali radę dopłynąć do Lędyczka. Po
przypłynięciu 2/3 drogi wybuchła rebelia, która spowodowała przerwanie
spływu. Ognisko było udane, choć już widać było zmęczenie i duch w
narodzie podupadł. Na drugi dzień wyzwanie podjęło 18 osób (chwała im
za to). Reszta jęcząc z bólu i sącząc ciche przekleństwa pod adresem
organizatora odmówiła dalszego spływania. A przecież drugi dzień był
przyjemnym relaksem i odpoczynkiem po sobocie. Spokojna rzeka, małe
utarczki z pracownikiem elektrowni wodnej, który ewidentnie chciał od
nas w łapę, jednym słowem leniwy dzień. Spływ zakończyliśmy przy moście
w Jastrowiu. Mam nadzieję, że właśnie w tym miejscu zaczniemy kolejny
spływ.
A, chyba powinienem coś powiedzieć o
obiecanych pstrągach. Wiem miały być, ale nie było. Wiem, wiem nie
musicie znów mnie wytykać palcami, to ja zawaliłem sprawę. Moja wina,
moja wina moja bardzo wielka wina. Obiecuję w przyszłym roku się
poprawić.
|