Rurzyca
(Wrzosy - Krępsko)
Zorganizowałem ten spływ ponieważ obiecałem
mojemu synkowi jak się rozchorował na Obrę że pojedzie w tym roku na
jeszcze jeden spływ. Ze względu na podłą pogodę, zimno i wiatr Mikołaj
nie pojechał. To był pierwszy spływ, przed którym do wszystkich
wysłałem SMSa czy jedziemy. Pierwszy odpowiedział Jahu. Oczywiście
chciał jechać. Po kilku przekleństwach wstałem z ciepłego łóżka i aż
drgawki mnie przeszły na myśl o siedzeniu w zimnym i mokrym
kajaku.
Pojechali tylko najtwardsi :-).
Zapakowaliśmy się do kajaków i jazda. W sumie było przyjemnie. No może
poza wyjątkiem w postaci cieknącego kajaka (uwielbiam przecież trzymać
nóżki w zimnej wodzie). Dla mnie osobiście miło było sobie przypomnieć
sobie tą sympatyczną, miejscami rwącą, kamienistą rzeczkę. Po
przebrnięciu przez dwie przenoski na końcu Rurzycy wpłynęliśmy na Gwdę
i po kilkuset metrach zakończyliśmy spływ w przydrożnym barze.
Oczywiście ognisko i pożegnanie do następnego roku.
Dla wtajemniczonych: u świątka tylko prądu
w zasiekach brakuje. Zasieki już są.
Dzięki Jahu :-), że chciałeś jechać.
Tu możecie zobaczyć stronkę zapowiadającą spływ.
Rospuda (Jezioro
Garbaś - Goła Zośka)
Trzeba coś napisać. Wyjechaliśmy w
większości w piątek. Do Bakałarzewa, gdzie spaliśmy dwie pierwsze noce,
w większości przyjechaliśmy w nocy, już w sobotę. Rano ukazało się nam
całkiem przyzwoite pole namiotowe, na którym wszystko kosztowało 5 zł
(no może oprócz obiadu, który kosztował znacznie więcej). Rano w sobotę
spotkaliśmy się w Bazie Harcerskiej nad Jeziorem Garbaś. Po 1,5 h
czekania na zagubionych w Suwałkach wystartowaliśmy radośnie przez
jezioro. Jedno z trzech jakie tego dnia odwiedziliśmy. W sumie spoko
dawaliśmy radę, szczególnie połączenia
pomiędzy nimi miały dość silny prąd bez większych uciążliwości.
Pierwszy wieczór, długie zastanawianie się czy będzie padać, wiata czy
ognisko. Padło na ognisko pod gołym niebem i jakoś pogoda dała radę tym
razem. Pisać o ognisku?? Jak zawsze piwko, kiełbachy i żarty. Im więcej
piwa
tym więcej żartów.
Drugi dzień przebiegł pod znakiem trzech jezior. Jedno długie n dzień
dobry, drugie małe na przypomnienie i trzecie dłuuuuuuuugie. A pomiędzy
pierogi na które się nie załapałem bo jakoś głodny nie byłem
hehehehehe. Na drugim polu był BAR i najmniejsze na świecie kible, w
których można było się nabawić klaustrofobii. Trzeba było do nich wejść
tą stroną, z której miało lecieć to po co przyszliśmy. Obrócenie w się
to piękna gimnastyka. Poza tym prysznice na dwuzłotówki. A do tego
drewno na „naręcza”. Po prostu klimacik.
Kolejny dzień chyba najłatwiejszy, dość silny nurt, umiarkowana ilość
przeszkód oraz padający deszcz spowodowała, że pruliśmy jak dzicy . A
na końcu rewelacja gospodarstwo agroturystyczne z kolacją z kartaczy!!!
Staram się tego nie robić, ale tym razem zrobię wyjątek. Serdecznie
polecam gospodarstwo agroturystyczne koło miejscowości Raczki w takiej
małej wiosce, które się nazywa JAśKI numerek 41. Piękne miejsce i
przemili właściciele.
Czwarty dzień przebiegł pod znakiem sławnej części Rospudy, czyli
odcinka, nad którym ma biec obwodnica Augustowa. Z tego dnia zapamiętam
niekończące się meandrujące tunele trzcin i brak miejsca nawet na
krótki postój czy chociażby na siku. Wszędzie trzciny i bagna. Gdy już
nawet
znalazło się miejsce to czekało tam na nas cała gromada wygłodniałych i
napalonych komarów. Akurat na tym odcinku z kajaka nie widać
unikalności Doliny Rospudy. Pozostaje tylko wiara, że awantura pomiędzy
rządem i ekologami ma naprawdę sens.
W drodze powrotnej pojechaliśmy jeszcze do Kadziłowa do Parku Dzikich
Zwierząt i do Nidzicy na zamek.
Jak zwykle czas na spływie pędził jak oszalały i jak zwykle spływ za
szybko się skończył.
Na koniec jak co roku zaczęliśmy umawiać się na grzybobranie.
Tutaj stronę zapowiadającą spływ.
Obra
(Obrzyce - Chycina)
To był najdziwniejszy spływ w moich
dotychczasowych organizacjach.
Przez cały tydzień przed spływem pilnie obserwowaliśmy prognozy pogody.
Było zimno, wiało i padał deszcz. Niezbyt fajnie się zapowiadało. Już
miałem wizję, że w końcu nadszedł ten spływ, na którym będzie masakra
pogodowa. Teraz mogę powiedzieć, że znów nam się udało. Sobota nie była
za ciekawa, ale przynajmniej nie padało. Niedziela była już całkiem
przyzwoita i jedynie przeszkadzał nam dość silny wiatr.
W piątek pojawiło się jedenaście osób oraz dwie OBCE ;-) ekipy. Jedna z
nich – sympatyczna para – zasymilowała się dość szybko i tak naprawdę
razem siedzieliśmy przy ognisku. Druga większa ekipa pojawiła się, po
czym zniknęła w poszukiwaniu tajemniczego Wojtka. Niestety do Wojtka
nie poszedł Paweł. Upierdliwy gościu , który nie dość że męczył
strasznie gadaniem to jeszcze pogłaskał mnie po głowie :-(. Dużo, ale
to naprawdę dużo opowiadał o tolerancji. Tak dużo o tym mówił że
straciłem
cierpliwość i w swojej wielkiej tolerancyjności wyprosiliśmy go z
ogniska. Wypraszaliśmy go nawet dwa razy. Ognisko przebiegło w sumie
miłej piwnej atmosferze. No i burżujstwo kompletne ogniska paliliśmy
dębiną.
Na drugi dzień rano okazało się że brakuje jeden kajak hehehe. Koleś od
kajaków miał mnie chyba już dosyć, ale dodatkowy kajak załatwił.
Ciężkie, różowe bydle. Tzn. nie koleś od kajaków tylko ten dodatkowy
kajak :-).
Zaczęło się od tego, że nie mogliśmy się znaleźć na starcie, kilka osób
się spóźniło no i zaskoczyła nas pana w samochodzie Mateusza i śruby,
które się nie chciały odkręcić (pepsi czyni cuda), a do tego koleś od
kajaków zapomniał przywieźć tego dodatkowego kajaka. W końcu
wystartowaliśmy. W tym roku w przeciwieństwie do ubiegłego w Obrze było
sporo wody i nie śmierdziało. Płynąłem tym różowym kajakiem. Cholera
przez cały spływ słyszałem jakieś docinki. Różowy kajak był jak czołg,
mało zwrotny, wolny i ciężki.
Dzień minął sympatycznie. Wieczorkiem jeszcze bardziej sympatycznie
minęło ognisko okraszone występem młodej wokalistki Oli. Był to
pierwszy występ wokalny w historii spływów nie licząc darcia japy na
Drawie przez Daniela ;-).
Drugi dzień przywitał nas lepszą pogodą, wieloma zwalonymi przeszkodami
i dłuuuugim zalewem, który trzeba było przepłynąć pod wiatr. Później
już tylko mały przesmyk, szalony, jak się później okazało, niepotrzebny
rajd kajaków przez całe jezioro i koniec!!!
Na koniec chciałbym szczególnie wyróżnić za udział 4 osoby: Weronikę,
Asię Justynę i Adama. Byli z nami 2 raz i tym razem się nie wywrócili
;-).
I taka mała konkluzja na koniec. Zawsze organizowałem spływy dla
znajomych i przyjaciół. Poświęcałem swój czas na załatwienie kajaków,
opracowanie trasy i tworzeniu strony www. Nigdy nie czułem się wielkim
ORGANIZATOREM, a pytania „czy daleko jeszcze?” na trasie, którą płynąłem
tak jak wszyscy pierwszy raz traktowałem jako spływowy folklor.
Chciałbym, żeby powyższa formuła spływów trwała nadal.
Tutaj możecie zobaczyć stronkę zapowiadającą spływ.
Wełna
(Jaracz - Oborniki)
Czas było popłynąć aby zobaczyć jak się
kończy ta rzeczka. Wody jakby więcej w tym roku prąd silniejszy o czym
zresztą później. Zaczęliśmy w Jaraczu koło Muzeum Młynarstwa (swoją
droga polecam to miejsce nie tylko ze względu na samo muzeum, ale
również na obsługę gospodarzy). Powolutku zrzucaliśmy kajaki na wodę.
Niektórzy lekko panikowali w końcu było to ich PIERWSZY RAZ co w tym
przypadku okazało się miało istotne znaczenie. Woda gnała zdecydowanie
żwawiej niż w zeszłym roku. Kajaki dały się porwać rytmowi rzeki.
Niektórzy tańczyli tak jak chcieli a niektórzy tak jak im rzeka
zagrała... W efekcie tych harców na rzece i dość silnego prądu jak dla
nowicjuszy trzy kajaki leżały. Sześciu pierwszy raz ze mną spływających
wylądowało w zimnej wodzie. No cóż zdarza się, ale żeby sześć osób??
Przegięcie. jeśli tylko się nie przestraszyli i będą chcieli z nami
popłynąć jeszcze raz będzie ich trzeba podszkolić :-) hehehe
Kilka przeszkód nie stanowiło większego kłopotu. Przepływaliśmy też
przez otwartą śluzę nowej MEW czyli małej elektrowni wodnej. Pięknie
jest to moja nowa pasja :-) Chciałbym mieć taką elektrownię chyba :-).
Na razie co prawda nie ma tam żadnych udogodnień dla kajakarzy ale mam
nadzieje że właściciel zrozumie że trzeba jakoś pomóc kajakarzom
przenosić kajaki :-)
W końcu trafiliśmy na koniec spływu w Obornikach przy śluzie. Kolejny
piękny lecz nieczynny młyn wodny. Młynówka sucha i brak spiętrzania.
Szkoda. W końcu ognisko w Jaraczu przy muzeum. Ognisko gospodarze nam
takie przygotowali, że starzy bywalcy spływów przyzwyczajeni do ledwie
tlącego się płomyczka popalili kiełbasy i chleb :-). Później jak
przygasło to wróciło wszytsko do normy.
A tu możecie zobaczyć stronkę zapowiadającą spływ,
zdjęcia są udostępniane na zasadach opisanych stronie archiwum.