Forum cajakere 
necesse est
 vivere 
non est necesse

Tegorocznie
.... (8-9 lipca)

... (...)

... (...)


Menu
strona główna
egoistycznie
kajakomania
rowerownia
archiwum

Dodatkowo
forum
pomoc

logowanie do poczty

kajakomania 2007
kajakomania 2007
Rurzyca     Rospuda     Obra     Wełna 

Rurzyca (Wrzosy - Krępsko)

Zorganizowałem ten spływ ponieważ obiecałem mojemu synkowi jak się rozchorował na Obrę że pojedzie w tym roku na jeszcze jeden spływ. Ze względu na podłą pogodę, zimno i wiatr Mikołaj nie pojechał. To był pierwszy spływ, przed którym do wszystkich wysłałem SMSa czy jedziemy. Pierwszy odpowiedział Jahu. Oczywiście chciał jechać. Po kilku przekleństwach wstałem z ciepłego łóżka i aż drgawki mnie przeszły na myśl o siedzeniu w zimnym i mokrym kajaku. 

Pojechali tylko najtwardsi :-). Zapakowaliśmy się do kajaków i jazda. W sumie było przyjemnie. No może poza wyjątkiem w postaci cieknącego kajaka (uwielbiam przecież trzymać nóżki w zimnej wodzie). Dla mnie osobiście miło było sobie przypomnieć sobie tą sympatyczną, miejscami rwącą, kamienistą rzeczkę. Po przebrnięciu przez dwie przenoski na końcu Rurzycy wpłynęliśmy na Gwdę i po kilkuset metrach zakończyliśmy spływ w przydrożnym barze. Oczywiście ognisko i pożegnanie do następnego roku.

Dla wtajemniczonych: u świątka tylko prądu w zasiekach brakuje. Zasieki już są. 

Dzięki Jahu :-), że chciałeś jechać.

Tu możecie zobaczyć stronkę zapowiadającą spływ.


Rospuda (Jezioro Garbaś - Goła Zośka)

Trzeba coś napisać. Wyjechaliśmy w większości w piątek. Do Bakałarzewa, gdzie spaliśmy dwie pierwsze noce, w większości przyjechaliśmy w nocy, już w sobotę. Rano ukazało się nam całkiem przyzwoite pole namiotowe, na którym wszystko kosztowało 5 zł (no może oprócz obiadu, który kosztował znacznie więcej). Rano w sobotę spotkaliśmy się w Bazie Harcerskiej nad Jeziorem Garbaś. Po 1,5 h czekania na zagubionych w Suwałkach wystartowaliśmy radośnie przez jezioro. Jedno z trzech jakie tego dnia odwiedziliśmy. W sumie spoko dawaliśmy radę, szczególnie połączenia
pomiędzy nimi miały dość silny prąd bez większych uciążliwości. Pierwszy wieczór, długie zastanawianie się czy będzie padać, wiata czy ognisko. Padło na ognisko pod gołym niebem i jakoś pogoda dała radę tym razem. Pisać o ognisku?? Jak zawsze piwko, kiełbachy i żarty. Im więcej piwa
tym więcej żartów.

Drugi dzień przebiegł pod znakiem trzech jezior. Jedno długie n dzień dobry, drugie małe na przypomnienie i trzecie dłuuuuuuuugie. A pomiędzy pierogi na które się nie załapałem bo jakoś głodny nie byłem hehehehehe. Na drugim polu był BAR i najmniejsze na świecie kible, w których można było się nabawić klaustrofobii. Trzeba było do nich wejść tą stroną, z której miało lecieć to po co przyszliśmy. Obrócenie w się to piękna gimnastyka. Poza tym prysznice na dwuzłotówki. A do tego drewno na „naręcza”. Po prostu klimacik.

Kolejny dzień chyba najłatwiejszy, dość silny nurt, umiarkowana ilość przeszkód oraz padający deszcz spowodowała, że pruliśmy jak dzicy . A na końcu rewelacja gospodarstwo agroturystyczne z kolacją z kartaczy!!! Staram się tego nie robić, ale tym razem zrobię wyjątek. Serdecznie
polecam gospodarstwo agroturystyczne koło miejscowości Raczki w takiej małej wiosce, które się nazywa JAśKI numerek 41. Piękne miejsce i przemili właściciele.

Czwarty dzień przebiegł pod znakiem sławnej części Rospudy, czyli odcinka, nad którym ma biec obwodnica Augustowa. Z tego dnia zapamiętam niekończące się meandrujące tunele trzcin i brak miejsca nawet na krótki postój czy chociażby na siku. Wszędzie trzciny i bagna. Gdy już nawet
znalazło się miejsce to czekało tam na nas cała gromada wygłodniałych i napalonych komarów. Akurat na tym odcinku z kajaka nie widać unikalności Doliny Rospudy. Pozostaje tylko wiara, że awantura pomiędzy rządem i ekologami ma naprawdę sens.

W drodze powrotnej pojechaliśmy jeszcze do Kadziłowa do Parku Dzikich Zwierząt i do Nidzicy na zamek.

Jak zwykle czas na spływie pędził jak oszalały i jak zwykle spływ za szybko się skończył.

Na koniec jak co roku zaczęliśmy umawiać się na grzybobranie.

Tutaj stronę zapowiadającą spływ.


Obra (Obrzyce - Chycina)

To był najdziwniejszy spływ w moich dotychczasowych organizacjach.

Przez cały tydzień przed spływem pilnie obserwowaliśmy prognozy pogody. Było zimno, wiało i padał deszcz. Niezbyt fajnie się zapowiadało. Już miałem wizję, że w końcu nadszedł ten spływ, na którym będzie masakra pogodowa. Teraz mogę powiedzieć, że znów nam się udało. Sobota nie była za ciekawa, ale przynajmniej nie padało. Niedziela była już całkiem przyzwoita i jedynie przeszkadzał nam dość silny wiatr.
W piątek pojawiło się jedenaście osób oraz dwie OBCE ;-) ekipy. Jedna z nich – sympatyczna para – zasymilowała się dość szybko i tak naprawdę razem siedzieliśmy przy ognisku. Druga większa ekipa pojawiła się, po czym zniknęła w poszukiwaniu tajemniczego Wojtka. Niestety do Wojtka nie poszedł Paweł. Upierdliwy gościu , który nie dość że męczył strasznie gadaniem to jeszcze pogłaskał mnie po głowie :-(. Dużo, ale to naprawdę dużo opowiadał o tolerancji. Tak dużo o tym mówił że straciłem
cierpliwość i w swojej wielkiej tolerancyjności wyprosiliśmy go z ogniska. Wypraszaliśmy go nawet dwa razy. Ognisko przebiegło w sumie miłej piwnej atmosferze. No i burżujstwo kompletne ogniska paliliśmy dębiną.
Na drugi dzień rano okazało się że brakuje jeden kajak hehehe. Koleś od kajaków miał mnie chyba już dosyć, ale dodatkowy kajak załatwił. Ciężkie, różowe bydle. Tzn. nie koleś od kajaków tylko ten dodatkowy kajak :-).
Zaczęło się od tego, że nie mogliśmy się znaleźć na starcie, kilka osób się spóźniło no i zaskoczyła nas pana w samochodzie Mateusza i śruby, które się nie chciały odkręcić (pepsi czyni cuda), a do tego koleś od kajaków zapomniał przywieźć tego dodatkowego kajaka. W końcu wystartowaliśmy. W tym roku w przeciwieństwie do ubiegłego w Obrze było sporo wody i nie śmierdziało. Płynąłem tym różowym kajakiem. Cholera przez cały spływ słyszałem jakieś docinki. Różowy kajak był jak czołg,
mało zwrotny, wolny i ciężki.
Dzień minął sympatycznie. Wieczorkiem jeszcze bardziej sympatycznie minęło ognisko okraszone występem młodej wokalistki Oli. Był to pierwszy występ wokalny w historii spływów nie licząc darcia japy na Drawie przez Daniela ;-).
Drugi dzień przywitał nas lepszą pogodą, wieloma zwalonymi przeszkodami i dłuuuugim zalewem, który trzeba było przepłynąć pod wiatr. Później już tylko mały przesmyk, szalony, jak się później okazało, niepotrzebny rajd kajaków przez całe jezioro i koniec!!!
Na koniec chciałbym szczególnie wyróżnić za udział 4 osoby: Weronikę, Asię Justynę i Adama. Byli z nami 2 raz i tym razem się nie wywrócili ;-).

I taka mała konkluzja na koniec. Zawsze organizowałem spływy dla znajomych i przyjaciół. Poświęcałem swój czas na załatwienie kajaków, opracowanie trasy i tworzeniu strony www. Nigdy nie czułem się wielkim ORGANIZATOREM, a pytania „czy daleko jeszcze?” na trasie, którą płynąłem
tak jak wszyscy pierwszy raz traktowałem jako spływowy folklor. Chciałbym, żeby powyższa formuła spływów trwała nadal.

Tutaj możecie zobaczyć stronkę zapowiadającą spływ.


Wełna (Jaracz - Oborniki)

Czas było popłynąć aby zobaczyć jak się kończy ta rzeczka. Wody jakby więcej w tym roku prąd silniejszy o czym zresztą później. Zaczęliśmy w Jaraczu koło Muzeum Młynarstwa (swoją droga polecam to miejsce nie tylko ze względu na samo muzeum, ale również na obsługę gospodarzy). Powolutku zrzucaliśmy kajaki na wodę. Niektórzy lekko panikowali w końcu było to ich PIERWSZY RAZ co w tym przypadku okazało się miało istotne znaczenie. Woda gnała zdecydowanie żwawiej niż w zeszłym roku. Kajaki dały się porwać rytmowi rzeki. Niektórzy tańczyli tak jak chcieli a niektórzy tak jak im rzeka zagrała... W efekcie tych harców na rzece i dość silnego prądu jak dla nowicjuszy trzy kajaki leżały. Sześciu pierwszy raz ze mną spływających wylądowało w zimnej wodzie. No cóż zdarza się, ale żeby sześć osób?? Przegięcie. jeśli tylko się nie przestraszyli i będą chcieli z nami popłynąć jeszcze raz będzie ich trzeba podszkolić :-) hehehe
Kilka przeszkód nie stanowiło większego kłopotu. Przepływaliśmy też przez otwartą śluzę nowej MEW czyli małej elektrowni wodnej. Pięknie jest to moja nowa pasja :-) Chciałbym mieć taką elektrownię chyba :-). Na razie co prawda nie ma tam żadnych udogodnień dla kajakarzy ale mam nadzieje że właściciel zrozumie że trzeba jakoś pomóc kajakarzom przenosić kajaki :-)
W końcu trafiliśmy na koniec spływu w Obornikach przy śluzie. Kolejny piękny lecz nieczynny młyn wodny. Młynówka sucha i brak spiętrzania. Szkoda. W końcu ognisko w Jaraczu przy muzeum. Ognisko gospodarze nam takie przygotowali, że starzy bywalcy spływów przyzwyczajeni do ledwie tlącego się płomyczka popalili kiełbasy i chleb :-). Później jak przygasło to wróciło wszytsko do normy.

A tu możecie zobaczyć stronkę zapowiadającą spływ, zdjęcia są udostępniane na zasadach opisanych stronie archiwum.


Witamy Gość
Obecny czas to 2026-11-02, 05:26

Zaloguj
Użytkownik:
Hasło:
Zapamiętaj 
Zapomniałem hasła
Rejestracja

Szybka rejestracja
Użytkownik:
Hasło: Potwierdź Hasło:
E-mail: @
      

Szukaj
Szukaj:
Szukaj w:

Zaawansowane wyszukiwanie


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group