|
|
kajakomania 2010
| kajakomania 2010 |
Flinta (Ryczywół-Rożnowice)
Zaczynam tęsknić za Madaj, chociażby z tego powodu, że muszę
samodzielnie pisać opisy spływów.
Myślę, że opis Flinty będzie podsumowaniem tego roku. Dziesiątego roku
organizowania spływów. Tak tak - to już na pewno ostatni spływ w tym
roku :-)
Miałem szczęście, że prze to o10 lata spotkałem tylu fajnych ludzi,
którzy razem ze mną chcieli wsiadać do niewygodnego kajaka, płynąć
niekiedy w deszczu i zimnie, wywracać się, przedzierać przez krzaczory,
targać kajaki na przenoskach, siedzieć w zimne noce przy przygasającym
ognisku i pić ciepłe piwo. Żałuję tylko tego, że część z tych
wspaniałych ludzi już ze mną nie pływa :(.
Rok jubileuszowy był rokiem wyjątkowym. Po pierwsze było w tym roku aż
sześć spływów. Po drugie popłynęliśmy jedna rzeka legendarną - Łupawą.
po trzecie popłynęliśmy rzeką, która wg mojego rankingu jest
najfajniejszą rzeką, którą do tej pory pokonałem. Po czwarte
popłynęliśmy jako ostatni spływ jednodniówkę (trochę taki powrót do
korzeni spływów zamykających sezon). Po piąte na ostatni spływ
popłynęliśmy po raz pierwszy październiki i po raz pierwszy
wieźliśmy sami kajaki. Chciałbym mieć pewność, że kolejne lata będą
trzymały poziom tego właśnie sezonu.
A Flinta?? Decyzję o wyjeździe pierwotnie planowanym na cały weekend
zostawiliśmy sobie na ostatni moment, aby być pewnym pogody. Kajaki
były dogadane, a nocleg nie za bardzo ze względu na niepewność
dotycząca aury. No i rzeczywiście wyszło na ostatni moment, najpierw,
że jedziemy w sobotę, a nie w piątek, a później, że nie na dwa dni
tylko na sobotę. Stało się tak dlatego, że wystraszyliśmy się spania
pod namiotem, a agro + ognisko kosztowało zdecydowanie za dużo. Oprócz
tego, że po tym jednym dniu pozostał mi wielki niedosyt spływania, a
Ola po zakończonym spływie cały czas dopytywała, czy dalibyśmy radę
spać w namiotach. Rozumiem przez to, że niedosyt pozostał nie tylko u
mnie :-) (jak się mylę to daj znaka :)).
Rzeka przypomina większy rów melioracyjny - przynajmniej na początku.
Mimo tego, że był wysoki stan wody, strumyczek był wąski, a do tego
atakowały nas ciągle nisko wiszące nad wodą gałęzie. Tym sposobem
zostaliśmy uczesani, podrapani i w ogóle wymasowani. Problemem były
całe setki pająków i innych robaków, które chciały naszymi kajakami bez
biletów pozwiedzać świat. Oprócz naszych pasażerów zbieraliśmy do
kajaków całą masę liści, gałęzi i innego badziewia, co spowodowała, że
osada Aga-Jahu ustalili jedyny słuszny podział ról. Agnieszka
wiosłowała, a Jahu cały czas sprzątał kajak. W końcu takim zaśmieconym
nie da się płynąc. Po fragmencie bezleśnym-krzaczorowatym, wpłynęliśmy
do lasu, gdzie zaatakowało nas kilka zwalonych drzew co przy
przeprawianiu się w sposób "aby się nie pochlapać" jest pewnym
utrudnieniem. Byliśmy jednak dzielni i Jahu zawiedziony chował aparat
fotograficzny. Rzeka zmieniła się jeszcze raz: końcowy odcinek to łąki
bez
żadnych drzew i przeszkód. A zapomniałbym. Kilka razy (ale raz z całą
siłą i stanowczością) wspominaliśmy Paklicę. Trzciny, trzciny i trzciny.
Ja osobiście spędziłem bardzo udany
dzień. Ostatni dzień jubileuszowego spływania. DZIĘKI.
|
Skotawa(Jawory-Dębnica
Kaszubska)
Nie było Madaj na spływie więc chcąc nie chcą muszę napisać
kilka słów spływie na Skotawie. Będzie z tego względu nudniej, bez
literackiego
polotu i humorystycznej nici wplatanej w opowieści przez Asieńkę. Ale
co zrobić
mus to mus.
:-)
Pojechaliśmy w całą dziesiątkę. Oczywiście w nocy, bo jakby
inaczej, dojechaliśmy na pole biwakowe, a raczej na łączkę na której
rozbiliśmy
namioty. Zupełnie standardowo paliliśmy ognisko, piliśmy piwko i
gadaliśmy. Najciekawsze
miało dopiero nastąpić. Rano pojechaliśmy na start. Kajaczki
przyjechały.
Eleganckie dwójki dla dziewczyn i jeszcze bardziej eleganckie jedynki
dla
chłopaków. Dziwnie wyglądaliśmy w fartuchach :-).
Na początku ze względu na to, że rzeka nie była zbyt
wymagająca, powiem o naszym pierwszym razie w jedynkach. Kajaki są
zupełnie
inne, są bardziej zwrotne, trochę inaczej się nimi steruje – z jednej
strony
łatwiej, a z drugiej strony wszystko trzeba zrobić samemu (niekiedy
wiosłować w
przód i w tył jednocześnie), poza tym są lżejsze przez co słabiej
trzymają kierunek
i są mniej stabilne (o tym opowiem jak już rzeka będzie bardziej
emocjonująca).
Na testowaniu kajaków minęła nam rzeka miejscami prosta jak drut,
płynąca
między łąkami, bez żadnych przeszkód, z dość silnym nurtem. Oprócz
zafascynowania
jedynkami jak dla mnie nic się nie działo, po prostu nuda. Po jakimś
czasie
musieliśmy się otrząsnąć z zafascynowana jedynkami. Rzeka płynęła
wartko,
przyspieszając, zwalniając, żebyśmy się nie nudzili, atakowała nas
zwężeniami,
drzewami, trzcinami, krzakami, zakrętami. Tak w sumie rzeka w ten
sposób zachowywała
się do końca tego oraz przez cały następny dzień. Efektem tych ataków
tego dnia
była jedna wywrotka Włodasa.
Dopłynęliśmy do pstrągarni, przy której spaliśmy. Ognisko, NIEKOŃCZĄCE
się opowieści, piwko i inne takie tam….
Drugi dzień, gdy rzeczką zaczęła nas nieść zaliczyłem
pięknego pełnego grzybka…Zupełny brak pokory wobec rzeki spowodował, że
nie
była to ostatnia wywrotka tego dnia. Następnie z kajaka na główkę
skakał Włodas
i na samym końcu nura dałem ja – już w zasadzie na brzegu, gdzie była
meta.
Skoro już i tak byłem mokry, pewny swojej wiedzy teoretycznej
stwierdziłem, że wejdę
jeszcze raz do kajaka, podłożę go na boku i wstanę tak jak na filmie
instruktażowym. Ot taka wywrotka kontrolowana. Oczywiście po 15
sekundach byłem
pod wodą zupełnie bez kontroli tzn. wywrotka kontrolowała mnie a nie ja
ją.
Podsumowując. Dawno nie byłem na tak fajnej rzece. Moim zdaniem
nawet osławiona Łupawa była słabsza. Do tego jedynki, fajna paczka i
spływ
trafia do ekstraklasy spływowej.
Oczywiście możecie zobaczyć
stronkę zapowiadającą spływ oraz
na FORUM
zdjęcia po wcześniejszym zalogowaniu.
|
Wełna(Cieśle-Oborniki)
Zaczyna być tradycją, że współorganizuję spływ dla moich koleżanek i
kolegów z pracy. Moja współorganizacja polega na tym że dogaduję
wszystko z profesjonalną firmą. Jednym zdaniem jeśli wszystko jest ok
zbieram pochwały, natomiast jeśli coś jest nie tak mówię, że to wina
firmy. Idealny układ :-)
Tym razem popłynęliśmy na Wełnę. Było serio sporo wody i bardzo
wygodnie się płynęło, silny nurt, idealna liczba przeszkód, brak jezior
spowodowały, że spływ idealnie nadawał się jako firmowy spływ dla
rodzin....Dochodzę do wniosku, że Wełna to naprawdę fajna rzeka.
jestem ciekaw na ile się ona zmieni jak w Obornikach skończą budować
elektrownię wodną. Poza tym trafiliśmy na bardzo fajne pole biwakowe w
Rożnowicach. Jedna przygoda zasługuję na uwagę. Jedna osada zrobiła coś
czego do tej pory nie widziałem. Można by powiedzieć, że zeszli na
głębokość peryskopową. Stojąc w poprzek na rzece, utrzymując równowagę
zatopili kajak i osiedli na dnie cali w wodzie. Serio czegoś takiego
nie widziałem :-).
|
Czernica - Gwda (Czarne -
Jastrowie)
To jest spływ, co do którego miałem mieszane uczucia. Szczególnie w
trakcie i tuż po powrocie. Spływ był zorganizowany prawie na 40 osób.
Duży spływ czyli to, co ja osobiście bardzo lubię. Taki ogromny piknik
z ludźmi, których dawno nie widziałem oraz zawieranie nowych
znajomości.
Niestety w ten weekend pogoda nas nie rozpieszczała. W pierwszy dzień
popłynęło nas raptem ponad 10 osób, a reszta pozostała na polu
namiotowym (część podtrzymywała ogień, a reszta rozpierzchła się w
poszukiwaniu atrakcji alternatywnych). Czernica okazała się bardzo
fajną rzeczką. Problem tylko w tym, że przez pierwszą cześć dnia padał
deszcz, a przez drugą jak już byliśmy przemoczeni wiał wiatr. Do tego
wszystkiego było naprawdę bardzo zimno.
Gdy dopłynęliśmy do pola namiotowego okazało się, że część z nas
postanowiła wracać do domu (jedni mieli powód, a inni zupełnie bez
powodu), że grupa pilnująca ogniska już tak się zmęczyła pilnowaniem,
że poszła wkrótce spać, że część poszła do knajpy, a knajpą tak się
zmęczyła, że musiała być drzemka.....
To wszystko spowodowało, że tak naprawdę nie było momentu, w którym
byśmy wszyscy posiedzieli przy ognisku, pogadali, pośmiali się i choć
trochę zintegrowali.
W drugi dzień wiosłowaliśmy wytrwale (dwa duże jeziora po drodze), ale
nawet na końcu nie zrobiliśmy sobie pamiątkowego zdjęcia.
No i nadal mam mieszane uczucia. Rzeki niby OK, samo spływanie również,
pogoda do duszy, integracji niewiele i jakoś nie poczułem klimatu
spływowego. Ot tak po prostu.
Oczywiście
możecie
zobaczyć
stronkę
zapowiadającą
spływ.
|
Bukowina - Łupawa
(Sierakowice - Drzeżewo)
W tym miejscu powinnen znaleźć się opis jak fajnie było na Łupawie.
Powinno tu być opisane jaka to super rzeka, jak to spaliśmy na
elektrowni, jak to nas leśniczy wyrzucił z polanki, jak Bartek z
Radkiem tuż przed metą zaliczyli wywrotkę. Mógłoby to wszystko tutaj
być gdyby KTOŚ napisał opis zaraz po spływie. Bo teraz (28.12.2010)
mało kto, cokolwiek pamięta. Nawet KTOŚ nie pamięta na tyle, żeby
napisać chociaż coś ciekawie na ten temat.
Mógłbym oczywiście opisać jak to się stało że KTOŚ tego opisu nie
stworzył, mógłbym napisać całą historię niekonwencjonalnych pomysłów na
ten opis (a były ciekawe) i również historię obietnic, że ten opis
jednak powstanie. Mógłbym.
Ale nie napiszę, bo mimo wszystko tego KTOSIA trochę lubię i myślę, że
KTOSIOWI, mimo że niesłowny i niegodny zaufania, mogłoby być przykro
gdybym napisał to wszystko i gdyby wyszło kto jest tym KTOSIEM :-)
W związku z tym będzie to pierwszy nieopisany spływ od momentu kiedy te
opisy zaczęły powstawać :(
Po
wszystkim
została
stronka zapowiadająca spływ.
|
Warta(Mściszewo - Stobnica)
I znów oczyma Asi :-)
Rozpoczęliśmy dziesiąty rok spływania z Łukim w bardzo miłych
okolicznościach przyrody, bo Warta ładna jest! : )
Malownicza i szybkonurtowa, choć jak dla mnie za szeroka .
Motywacyjnie za to dopracowana, bo na brzegu kilometrażowe słupki są
poustawiane, zawsze się wie, gdzie się jest, i ile jeszcze do ogniska z
kiełbasą : ) Ale od początku. Impreza rozpoczęła się jak zwykle
od niezwykle skomplikowanej logistyki dojazdowej, opracowanej
skrupulatnie przez Łukiego. Dzięki tej skrupulatności nikt się
nie zgubił, nikt nie przyjechał po zachodzie słońca, i co najważniejsze
– każdy dojechał. Jest to o tyle ważne, że zgłosiło się kilkoro ludzi,
którzy z Łukim płynęli pierwszy raz - ciekawe, czy popłyną razy
następne… ;) Tuż przed dniem ZERO nadeszła pora na logistykę
zaopatrzeniową – przynajmniej dla mnie, bo od września zdążyłam się
pogubić, co się niezbędnego bierze na spływ, musiałam nawet rzecz
konsultować z Łukim, czym wzbudziłam ferment intelektualny, bo Łuki
przywołany do tablicy zgłupiał i też musiał się dłuższą chwilę
zastanowić, co zabiera (dodam, że pierwszą rzeczą, którą wymienił, były
gacie na zmianę). Chciałam w tym miejscu wtrącić osobistą
uwagę, że pewne elementy przygotowań zostały u niektórych twórczo
rozwinięte, bo zaopatrzenie w kiełbasę nastąpiło w pewnym gospodarstwie
z gospodą na drodze do Obornik (dzięki wielkie Kubie za pomysł i
wykonanie) i na ognisko była kiełbasa prawdziwa, pyszna, z zawartością
mięsa powyżej 70%! Tę piękną nową tradycję mam nadzieję kontynuować na
następnych spływach tegorocznych. Ale wracamy do kajaków. Zaczynaliśmy
spływać z Murowanej Gośliny. Szybko się zwodowaliśmy, bo przyroda
już rozpoczęła ataki i pełno robactwa latało w powietrzu. Kajaki
przygodowe były, znaczy z tego lepszego rocznika ; ) Fakt ten od
razu wykorzystał spragniony adrenaliny kajakowo-rzecznej Pawełek,
prując dziarsko do każdej „przygodówki” przy brzegu (czytaj – każdej
przeszkody, konaru, czegokolwiek zanurzonego w jakikolwiek sposób
w wodzie czy też na 10 cm wystającego z brzegu do nurtu). Efekt
był taki, że już na pierwszej „przygodówce” , kiedy chcieliśmy
przepłynąć pod nią (mając kilometr czystego nurtu po prawej stronie),
rzeka wlała nam się do kajaka. Stwierdziliśmy jednak zgodnie, że jest
to przemyślany manewr, bo sezon trzeba zacząć. Potem było
leniuchowanie z prądem, w czym przodowali o dziwo Jahu z synem, a
raczej syn z Jahem, bo Jahu trochę jednak walczył, kontemplowanie
krajobrazów (wszyscy), tropienie następnych przygodówek (Pawełek),
płoszenie ptactwa, dość obficie występującego na Warcie, w czym
celowali Zgaga z Gwiazdą, ponieważ Gwiazda postanowił odświeżyć sobie
(i Zgadze) rozmaite techniki spływania, czego efektem były wzburzone
fale i podmywanie brzegów, rozkładanie bufetu w kajaku (wszyscy!!!), od
czasu do czasu machanie wiosłem z prądem (literalnie nawet -
Bogdan wspomagał się Pilsnerem i namawiał na nalewki) i pod prąd
(znowu Pawełek), praca nad mahoniem, bo słońce pojawiało się od czasu
do czasu, międzykajakowa wymiana doświadczeń … A wszystko to w czasie
około 5 godzin na trasie około 30 km. Warto też wspomnieć, że Alicja
się nie wywróciła. Być może jest to zbawienny wpływ siostry Alicji,
siedzącej z nią w kajaku. W taki oto leniwy sposób dopłynęliśmy do
Stobnicy, do sympatycznej przystani Agi i Maćka. Rozłożyliśmy się pod
wiatami, przeczekaliśmy deszcz, i po półtorej godziny, która była
potrzebna na czary mary z autami i skakanie młodszej młodzieży na
trampolinie, zaczęliśmy ucztowanie przy ognisku. I tu wtopa, dlatego,
że nikt nie pomyślał o toaście z okazji 10-lecia spływania!
Zdecydowanie trzeba to będzie nadrobić na Łupawie… ; )
Na
koniec
llink
do strony zapowiadającej spływ.
|
|
|
|
|
| Witamy Gość |
| Obecny czas to 2026-11-02, 05:24 |
|
|