Forum cajakere 
necesse est
 vivere 
non est necesse

Tegorocznie
.... (8-9 lipca)

... (...)

... (...)


Menu
strona główna
egoistycznie
kajakomania
rowerownia
archiwum

Dodatkowo
forum
pomoc

logowanie do poczty

kajakomania 2010
kajakomania 2010
Flinta (Ryczywół-Rożnowice)      Skotawa (Jawory-Dębnica Kaszubska)     Wełna (Cieśle-Oborniki)     Czernica-Gwda     Bukowina-Łupawa      Warta 
Flinta (Ryczywół-Rożnowice)

Zaczynam tęsknić za Madaj, chociażby z tego powodu, że muszę samodzielnie pisać opisy spływów.
Myślę, że opis Flinty będzie podsumowaniem tego roku. Dziesiątego roku organizowania spływów. Tak tak - to już na pewno ostatni spływ w tym roku :-)

Miałem szczęście, że prze to o10 lata spotkałem tylu fajnych ludzi, którzy razem ze mną chcieli wsiadać do niewygodnego kajaka, płynąć niekiedy w deszczu i zimnie, wywracać się, przedzierać przez krzaczory, targać kajaki na przenoskach, siedzieć w zimne noce przy przygasającym ognisku i pić ciepłe piwo. Żałuję tylko tego, że część z tych wspaniałych ludzi już ze mną nie pływa :(.

Rok jubileuszowy był rokiem wyjątkowym. Po pierwsze było w tym roku aż sześć spływów. Po drugie popłynęliśmy jedna rzeka legendarną - Łupawą. po trzecie popłynęliśmy rzeką, która wg mojego rankingu jest najfajniejszą rzeką, którą do tej pory pokonałem. Po czwarte popłynęliśmy jako ostatni spływ jednodniówkę (trochę taki powrót do korzeni spływów zamykających sezon). Po piąte na ostatni spływ popłynęliśmy po raz pierwszy  październiki i po raz pierwszy wieźliśmy sami kajaki. Chciałbym mieć pewność, że kolejne lata będą trzymały poziom tego właśnie sezonu.

A Flinta?? Decyzję o wyjeździe pierwotnie planowanym na cały weekend zostawiliśmy sobie na ostatni moment, aby być pewnym pogody. Kajaki były dogadane, a nocleg nie za bardzo ze względu na niepewność dotycząca aury. No i rzeczywiście wyszło na ostatni moment, najpierw, że jedziemy w sobotę, a nie w piątek, a później, że nie na dwa dni tylko na sobotę. Stało się tak dlatego, że wystraszyliśmy się spania pod namiotem, a agro + ognisko kosztowało zdecydowanie za dużo. Oprócz tego, że po tym jednym dniu pozostał mi wielki niedosyt spływania, a Ola po zakończonym spływie cały czas dopytywała, czy dalibyśmy radę spać w namiotach. Rozumiem przez to, że niedosyt pozostał nie tylko u mnie :-) (jak się mylę to daj znaka :)).
Rzeka przypomina większy rów melioracyjny - przynajmniej na początku. Mimo tego, że był wysoki stan wody, strumyczek był wąski, a do tego atakowały nas ciągle nisko wiszące nad wodą gałęzie. Tym sposobem zostaliśmy uczesani, podrapani i w ogóle wymasowani. Problemem były całe setki pająków i innych robaków, które chciały naszymi kajakami bez biletów pozwiedzać świat. Oprócz naszych pasażerów zbieraliśmy do kajaków całą masę liści, gałęzi i innego badziewia, co spowodowała, że osada Aga-Jahu ustalili jedyny słuszny podział ról. Agnieszka wiosłowała, a Jahu cały czas sprzątał kajak. W końcu takim zaśmieconym nie da się płynąc. Po fragmencie bezleśnym-krzaczorowatym, wpłynęliśmy do lasu, gdzie zaatakowało nas kilka zwalonych drzew co przy przeprawianiu się w sposób "aby się nie pochlapać" jest pewnym utrudnieniem. Byliśmy jednak dzielni i Jahu zawiedziony chował aparat fotograficzny. Rzeka zmieniła się jeszcze raz: końcowy odcinek to łąki bez żadnych drzew i przeszkód. A zapomniałbym. Kilka razy (ale raz z całą siłą i stanowczością) wspominaliśmy Paklicę. Trzciny, trzciny i trzciny.
Ja osobiście spędziłem bardzo udany dzień. Ostatni dzień jubileuszowego spływania. DZIĘKI.

Skotawa(Jawory-Dębnica Kaszubska)

Nie było Madaj na spływie więc chcąc nie chcą muszę napisać kilka słów spływie na Skotawie. Będzie z tego względu nudniej, bez literackiego polotu i humorystycznej nici wplatanej w opowieści przez Asieńkę. Ale co zrobić mus to mus. :-)
Pojechaliśmy w całą dziesiątkę. Oczywiście w nocy, bo jakby inaczej, dojechaliśmy na pole biwakowe, a raczej na łączkę na której rozbiliśmy namioty. Zupełnie standardowo paliliśmy ognisko, piliśmy piwko i gadaliśmy. Najciekawsze miało dopiero nastąpić. Rano pojechaliśmy na start. Kajaczki przyjechały. Eleganckie dwójki dla dziewczyn i jeszcze bardziej eleganckie jedynki dla chłopaków. Dziwnie wyglądaliśmy w fartuchach :-).
Na początku ze względu na to, że rzeka nie była zbyt wymagająca, powiem o naszym pierwszym razie w jedynkach. Kajaki są zupełnie inne, są bardziej zwrotne, trochę inaczej się nimi steruje – z jednej strony łatwiej, a z drugiej strony wszystko trzeba zrobić samemu (niekiedy wiosłować w przód i w tył jednocześnie), poza tym są lżejsze przez co słabiej trzymają kierunek i są mniej stabilne (o tym opowiem jak już rzeka będzie bardziej emocjonująca). Na testowaniu kajaków minęła nam rzeka miejscami prosta jak drut, płynąca między łąkami, bez żadnych przeszkód, z dość silnym nurtem. Oprócz zafascynowania jedynkami jak dla mnie nic się nie działo, po prostu nuda. Po jakimś czasie musieliśmy się otrząsnąć z zafascynowana jedynkami. Rzeka płynęła wartko, przyspieszając, zwalniając, żebyśmy się nie nudzili, atakowała nas zwężeniami, drzewami, trzcinami, krzakami, zakrętami. Tak w sumie rzeka w ten sposób zachowywała się do końca tego oraz przez cały następny dzień. Efektem tych ataków tego dnia była jedna wywrotka Włodasa.
Dopłynęliśmy do pstrągarni, przy której spaliśmy. Ognisko, NIEKOŃCZĄCE się opowieści, piwko i inne takie tam….
Drugi dzień, gdy rzeczką zaczęła nas nieść zaliczyłem pięknego pełnego grzybka…Zupełny brak pokory wobec rzeki spowodował, że nie była to ostatnia wywrotka tego dnia. Następnie z kajaka na główkę skakał Włodas i na samym końcu nura dałem ja – już w zasadzie na brzegu, gdzie była meta. Skoro już i tak byłem mokry, pewny swojej wiedzy teoretycznej stwierdziłem, że wejdę jeszcze raz do kajaka, podłożę go na boku i wstanę tak jak na filmie instruktażowym. Ot taka wywrotka kontrolowana. Oczywiście po 15 sekundach byłem pod wodą zupełnie bez kontroli tzn. wywrotka kontrolowała mnie a nie ja ją.
Podsumowując. Dawno nie byłem na tak fajnej rzece. Moim zdaniem nawet osławiona Łupawa była słabsza. Do tego jedynki, fajna paczka i spływ trafia do ekstraklasy spływowej.
Oczywiście możecie zobaczyć stronkę zapowiadającą spływ oraz na FORUM zdjęcia po wcześniejszym zalogowaniu.

Wełna(Cieśle-Oborniki)

Zaczyna być tradycją, że współorganizuję spływ dla moich koleżanek i kolegów z pracy. Moja współorganizacja polega na tym że dogaduję wszystko z profesjonalną firmą. Jednym zdaniem jeśli wszystko jest ok zbieram pochwały, natomiast jeśli coś jest nie tak mówię, że to wina firmy. Idealny układ :-)
Tym razem popłynęliśmy na Wełnę. Było serio sporo wody i bardzo wygodnie się płynęło, silny nurt, idealna liczba przeszkód, brak jezior spowodowały, że spływ idealnie nadawał się jako firmowy spływ dla rodzin....Dochodzę do wniosku, że Wełna to naprawdę fajna rzeka. jestem ciekaw na ile się ona zmieni jak w Obornikach skończą budować elektrownię wodną. Poza tym trafiliśmy na bardzo fajne pole biwakowe w Rożnowicach. Jedna przygoda zasługuję na uwagę. Jedna osada zrobiła coś czego do tej pory nie widziałem. Można by powiedzieć, że zeszli na głębokość peryskopową. Stojąc w poprzek na rzece, utrzymując równowagę zatopili kajak i osiedli na dnie cali w wodzie. Serio czegoś takiego nie widziałem :-).


Czernica - Gwda (Czarne - Jastrowie)

To jest spływ, co do którego miałem mieszane uczucia. Szczególnie w trakcie i tuż po powrocie. Spływ był zorganizowany prawie na 40 osób. Duży spływ czyli to, co ja osobiście bardzo lubię. Taki ogromny piknik z ludźmi, których dawno nie widziałem oraz zawieranie nowych znajomości.
Niestety w ten weekend pogoda nas nie rozpieszczała. W pierwszy dzień popłynęło nas raptem ponad 10 osób, a reszta pozostała na polu namiotowym (część podtrzymywała ogień, a reszta rozpierzchła się w poszukiwaniu atrakcji alternatywnych). Czernica okazała się bardzo fajną rzeczką. Problem tylko w tym, że przez pierwszą cześć dnia padał deszcz, a przez drugą jak już byliśmy przemoczeni wiał wiatr. Do tego wszystkiego było naprawdę bardzo zimno.
Gdy dopłynęliśmy do pola namiotowego okazało się, że część z nas postanowiła wracać do domu (jedni mieli powód, a inni zupełnie bez powodu), że grupa pilnująca ogniska już tak się zmęczyła pilnowaniem, że poszła wkrótce spać, że część poszła do knajpy, a knajpą tak się zmęczyła, że musiała być drzemka.....
To wszystko spowodowało, że tak naprawdę nie było momentu, w którym byśmy wszyscy posiedzieli przy ognisku, pogadali, pośmiali się i choć trochę zintegrowali.
W drugi dzień wiosłowaliśmy wytrwale (dwa duże jeziora po drodze), ale nawet na końcu nie zrobiliśmy sobie pamiątkowego zdjęcia.
No i nadal mam mieszane uczucia. Rzeki niby OK, samo spływanie również, pogoda do duszy, integracji niewiele i jakoś nie poczułem klimatu spływowego. Ot tak po prostu.

Oczywiście możecie zobaczyć stronkę zapowiadającą spływ.

Bukowina - Łupawa (Sierakowice - Drzeżewo)

W tym miejscu powinnen znaleźć się opis jak fajnie było na Łupawie. Powinno tu być opisane jaka to super rzeka, jak to spaliśmy na elektrowni, jak to nas leśniczy wyrzucił z polanki, jak Bartek z Radkiem tuż przed metą zaliczyli wywrotkę. Mógłoby to wszystko tutaj być gdyby KTOŚ napisał opis zaraz po spływie. Bo teraz (28.12.2010) mało kto, cokolwiek pamięta. Nawet KTOŚ nie pamięta na tyle, żeby napisać chociaż coś ciekawie na ten temat.
Mógłbym oczywiście opisać jak to się stało że KTOŚ tego opisu nie stworzył, mógłbym napisać całą historię niekonwencjonalnych pomysłów na ten opis (a były ciekawe) i również historię obietnic, że ten opis jednak powstanie. Mógłbym.
Ale nie napiszę, bo mimo wszystko tego KTOSIA trochę lubię i myślę, że KTOSIOWI, mimo że niesłowny i niegodny zaufania, mogłoby być przykro gdybym napisał to wszystko i gdyby wyszło kto jest tym KTOSIEM :-)
W związku z tym będzie to pierwszy nieopisany spływ od momentu kiedy te opisy zaczęły powstawać :(

Po wszystkim została stronka zapowiadająca spływ.

Warta(Mściszewo - Stobnica)

I znów oczyma Asi :-)

Rozpoczęliśmy dziesiąty rok spływania z Łukim w bardzo miłych okolicznościach przyrody, bo Warta ładna jest!   : ) Malownicza i szybkonurtowa, choć  jak dla mnie za szeroka . Motywacyjnie za to dopracowana, bo na brzegu kilometrażowe słupki są poustawiane, zawsze się wie, gdzie się jest, i ile jeszcze do ogniska z kiełbasą  : ) Ale od początku. Impreza rozpoczęła się jak zwykle od niezwykle skomplikowanej logistyki dojazdowej, opracowanej skrupulatnie przez Łukiego.  Dzięki tej skrupulatności nikt się nie zgubił, nikt nie przyjechał po zachodzie słońca, i co najważniejsze – każdy dojechał. Jest to o tyle ważne, że zgłosiło się kilkoro ludzi, którzy z Łukim płynęli pierwszy raz - ciekawe, czy popłyną razy następne…  ;) Tuż przed dniem ZERO nadeszła pora na logistykę zaopatrzeniową – przynajmniej dla mnie, bo od września zdążyłam się pogubić, co się niezbędnego bierze na spływ, musiałam nawet rzecz konsultować z Łukim, czym wzbudziłam ferment intelektualny, bo Łuki przywołany do tablicy zgłupiał i też musiał się dłuższą chwilę zastanowić, co zabiera (dodam, że pierwszą rzeczą, którą wymienił, były gacie na zmianę).   Chciałam w tym miejscu wtrącić osobistą uwagę, że pewne elementy przygotowań zostały u niektórych twórczo rozwinięte, bo zaopatrzenie w kiełbasę nastąpiło w pewnym gospodarstwie z gospodą na drodze do Obornik (dzięki wielkie Kubie za pomysł i wykonanie) i na ognisko była kiełbasa prawdziwa, pyszna, z zawartością mięsa powyżej 70%! Tę piękną nową tradycję mam nadzieję kontynuować na następnych spływach tegorocznych. Ale wracamy do kajaków. Zaczynaliśmy spływać z Murowanej Gośliny. Szybko się  zwodowaliśmy, bo przyroda już rozpoczęła ataki i pełno robactwa latało w powietrzu.  Kajaki przygodowe były, znaczy z tego lepszego rocznika ; )  Fakt ten od razu wykorzystał spragniony adrenaliny kajakowo-rzecznej Pawełek, prując dziarsko do każdej „przygodówki” przy brzegu (czytaj – każdej przeszkody, konaru, czegokolwiek zanurzonego w jakikolwiek sposób w  wodzie czy też na 10 cm wystającego z brzegu do nurtu). Efekt był taki, że już na pierwszej „przygodówce” , kiedy chcieliśmy przepłynąć pod nią (mając kilometr czystego nurtu po prawej stronie), rzeka wlała nam się do kajaka. Stwierdziliśmy jednak zgodnie, że jest to przemyślany manewr, bo sezon trzeba zacząć.  Potem było leniuchowanie z prądem, w czym przodowali o dziwo Jahu z synem,  a raczej syn z Jahem, bo Jahu trochę jednak walczył, kontemplowanie krajobrazów (wszyscy), tropienie następnych przygodówek (Pawełek), płoszenie ptactwa, dość obficie występującego na Warcie, w czym celowali Zgaga z Gwiazdą, ponieważ Gwiazda postanowił odświeżyć sobie (i Zgadze) rozmaite techniki spływania, czego efektem były wzburzone fale i podmywanie brzegów, rozkładanie bufetu w kajaku (wszyscy!!!), od czasu do czasu machanie wiosłem z prądem (literalnie nawet -  Bogdan wspomagał się  Pilsnerem i namawiał na nalewki) i pod prąd (znowu Pawełek), praca nad mahoniem, bo słońce pojawiało się od czasu do czasu, międzykajakowa wymiana doświadczeń … A wszystko to w czasie około 5 godzin na trasie około 30 km. Warto też wspomnieć, że Alicja się nie wywróciła. Być może jest to zbawienny wpływ siostry Alicji, siedzącej z nią w kajaku. W taki oto leniwy sposób dopłynęliśmy do Stobnicy, do sympatycznej przystani Agi i Maćka. Rozłożyliśmy się pod wiatami, przeczekaliśmy deszcz, i po półtorej godziny, która była potrzebna na czary mary z autami i skakanie młodszej młodzieży na trampolinie, zaczęliśmy ucztowanie przy ognisku. I tu wtopa, dlatego, że nikt nie pomyślał o toaście z okazji 10-lecia spływania! Zdecydowanie trzeba to będzie nadrobić na Łupawie…  ; )
Na koniec llink do strony zapowiadającej spływ.


Witamy Gość
Obecny czas to 2026-11-02, 05:24

Zaloguj
Użytkownik:
Hasło:
Zapamiętaj 
Zapomniałem hasła
Rejestracja

Szybka rejestracja
Użytkownik:
Hasło: Potwierdź Hasło:
E-mail: @
      

Szukaj
Szukaj:
Szukaj w:

Zaawansowane wyszukiwanie


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group