|
|
kajakomania 2011
| kajakomania 2011 |
Prosna
(Gizałki - Ruda Komorska)
Dane słowo jest dla mnie bardzo ważne. Szkoda, że
nie dla wszystkich. Ten opis miał napisać ktoś
inny, ale od 4 miesięcy nie może znaleźć 30 minut
czasu.
W związku z tym kilka słów raczej nie opisu spływu
ale samej rzeki. Piszę to po to aby pamiętać, żeby
na tą rzekę już raczej nie jechać...
Pomijając anomalię pogodowe (25 'C - 2
października) i całkiem przyjemne ognisko
uzupełnione obecnością niespływających
spływowiczów na tej rzece nie wydarzyło się nic.
Kompletnie nic. Stała szerokość. Stała prędkość.
Zero przeszkód. Nuda do kwadratu. No może poza
atrakcją w postaci wszechobecnych kabli od
czujników do badania budowy geologicznej....
Poza tym standardowo
link do strony zapowiadającej spływ.
|
Liswarta
(Krzepice - Wąsocz)
Tego opisu też nie maiłem pisać. No cóż.
Rzeka ciekawa, trochę przeszkód, zakrętów,
szybszych kawałków. Wszystko jednak raczej mało
wymagające i łatwe do przepłynięcia. Fajne miejsce
na nocleg po umówieniu się z harcerzami w ich
ośrodku w Zawadach. Poza tym kompletną dziurę mam
w głowie co do tego spływu. No nic odbył się. I
pewnie był udany....
Żeby opisy mówiły cokolwiek
muszę je pisać od razu po spływie... Poza tym
standardowo
link do strony zapowiadającej spływ.
|
Słupia II (Leśny Dwór - Ustka)
Tym razem oczami Agnieszki zwanej w niektórych
kręgach Chińczykiem :)
(złośliwie wersja oryginalna bo jak się pisze od
razu po spływie to się wszystko pamięta)
W historii kajakowych wędrówek po rzekach jeszcze
nigdy się nie zdarzyło by nasze spływanie miało
misję. Tak, tak – misję. I to nie jedną a dwie!!!!
Pierwszą z nich było zakończenie spływu na wielkim
morzu i złożenie wioseł na plaży w Ustce. Drugą (o
czym wiedziała zaledwie garstka spływających)
znalezienie zagubionego na tych terenach, wiele
lat temu, trampka Oli :) Zarówno pierwsze zadanie
jak i drugie mieliśmy zamiar wykonać baaaaaaaardzo
skrupulatnie… Ale od początku…
Wszyscy stawiliśmy się wieczorem na polu
namiotowym w Słupsku, tyle czas naszych dojazdów
rozciągnął się do kilku dłuuugich godzin – kiedy
jedni szli już spać inni dopiero zaczynali nocne
życie :). Słupsk przed naszym przyjazdem
nawiedziła spora ulewa, więc rozbijanie
namiotów poprzedziło skrupulatne szukanie miejsc
wolnych od kałuż. Zaraz potem zabraliśmy się za
ognisko, którego przygotowanie z mokrego drewna
nie należało do najłatwiejszych (tym razem drewno
nosiliśmy nie na naręcza, lecz na taczki).
Spływanie rozpoczęliśmy na mecie Słupi cz1. czyli
w …… (Łuki dopisz , bo nie pamiętam nazwy – jakoś
na L… to było. Czyżby Leśny dwór? :)). Większość w
dwójkach, zaledwie paru śmiałków pokusiło się o
jedynki (oj będą tego żałować). Mieliśmy wszystko
czego do szczęścia kajakarzowi potrzeba - znośny
sprzęt (oj, niosło nas że hej!!), napoje
wzmacniające, posiłki regeneracyjne i śpiew na
ustach (Radzia oczywiście) :). Pierwszy odcinek
rzeki spokojny, z niewielką ilością przeszkód, co
uśpiło naszą uwagę. Potem poddaliśmy się fali
przechyłów i wywrotek. Rzeka zaatakowała m.in.
Leszka oraz Kasie z Mikołajem. W ratowaniu
uczestniczyli niemal wszyscy – były liny w akcji,
golasy w wodzie i zbieranie dobytku po okolicznych
krzakach (niestety zielona szmatka Mikołaja
pozostała na zawsze w nurcie rzeki –eeeeh, a taka
ładna była).
Te wodne atrakcje zajęły nam sporo czasu – to
sprawiło, że grupa się rozdzieliła na tych co
popłynęli nie wiedząc o wywrotkach i na tych co
walczyli z żywiołem. Na metę w Słupsku dotarliśmy
z dużym opóźnieniem. Na brzegu czekali na nas
Bogdan z rodziną oraz Patrycja z Łukaszem. Czekały
na nas także setki rycerzy w zbrojach i
średniowieczne białogłowy, którzy przyjechali tu
na
„Rycerskie oblężenie Słupska”
W hałasie wojowniczych okrzyków, walk polnych (bo
na polu namiotowym), grzmotów armatnich (w postaci
sztucznych ogni) i świstu łuczniczych strzał
zabraliśmy się za suszenie odzieży, ognisko i inne
zajęcia ogólno-towarzyskie.
Parę słów na temat tutejszego pola z perspektywy 2
spędzonych tu nocy? Zdecydowanie zbyt
cywilizacyjnie – prysznice, olbrzymia betonowa
wiata, skoszona trawa - fuj!!!
Drugiego dnia porzuciliśmy Słupsk. Spływanie
rozpoczęło się małą przenoską, potem rzeka niosła
nas i niosła aż do Bydlina (chyba :)… albo do
Łosina? Łuki pomóż bo ja mam luki w pamięci).
Rzece ogólnie nie mam nic do zarzucenia, choć
odstępy na tzw. przymusowe przystanki czasami były
zbyt długie.
Były nurty, były wywrotki, było czesanie po
krzakach, były tratwy wielokajakowe i wszechobecne
gadanie Radka – czy do szczęścia potrzeba czegoś
więcej? Sporo czasu zajęło nam szukanie
odpowiedniego miejsca na posiłek regeneracyjny.
Wobec ilości wymagań dotyczących takiego miejsca,
nasze poszukiwania nie miały końca. Wreszcie –
jest!!! A wraz z nim ciepłe piwo, śledzie w
słoiku, marchewki z Lidelka, wymięte w kajaku
kanapki, lizaki od Jaha i ciepła owocowa herbata,
koniecznie z 8-ma łyżeczkami cukru :).
Na pole namiotowe w małym gospodarstwie agro
dotarliśmy popołudniu. Okolica malownicza - ogród
z kwiatami, gospodarskie ogórki prosto z gruntu,
zaprzyjaźnione kaczki krzyżówki (niestety żywe,
nie z ogniska) i śmierdzący wychodek – bajka!. W
ramach sjesty jedni pojechali do Ustki na zakupy,
inni oddawali się błogiej drzemce lub grali w
karty i pili resztki Bogdanowych nalewek –
pigwówki i malinówki. Wieczorem rozpaliliśmy
ognisko.
Stwierdzam, że z roku na rok cywilizacja coraz
bardziej wkrada się w nasze spływowe zwyczaje.
Ogniskowy stolik z ceratką, kije do smażenia
kiełbasek, krzesełka do siedzenia, materace
dmuchane w namiotach. Strrraszne!!!!
Trzeci dzień spływania zakończyliśmy w Ustce.
Niestety nie udało nam się wpłynąć na morze ale
dzielnie walczyliśmy o to do końca. Brak zgody ze
strony służb portowych uniemożliwiły nam wykonanie
tego zadania.
Spływ zaliczam do baaaaaaaaaardzo udanych. W tak
doborowym towarzystwie można by spływać dłużej, i
dłużej, i jeszcze. Spływania w jedynkach na
następnych spływach odmówili Leszek i Radek. Lechu
uznał, ze wyrobił normę wywrotek jak na jeden
spływ przystało (choć rekordu Nowak nie pobił). A
Radka nigdy więcej już samego w kajak nie wpuścimy
z obawy o jego ogólny stan emocjonalny (chłopak
musi mieć towarzystwo i tyle :)).
Pozostał w nas tylko trochę żal i rozczarowanie,
że kajaki musieliśmy opuścić przed portem -
Szkoda.
Dobrze, ze chociaż Ola odnalazła swoje trampki :).
Poza tym standardowo
link do strony zapowiadającej spływ oraz
pierwszy raz linki
do map z przepłyniętymi odcinkami.
|
Obra (św. Wojciech - Stary
Dworek)
Oczami Alicji:
Dzień pierwszy.
Pierwszy odcinek trasy: więcej drewna niż wody,
wokół słychać nowy gatunek ptaka – Niemca.
Wrażenia: korki i tłok ... zupełnie jak wyprawa
do galerii handlowej w weekend... jedyna
różnica: w tle więcej niemieckiego.
Drugi odcinek trasy: nareszcie więcej wody niż
drewna ... no i szeroko, jeziora,
cudownie...Potem trzciny... dużo trzcin. Wokół
nikogo... tylko trzciny... żadnych świadków...
przeszła mi przez głowę jedna myśl... spojrzałam
przez ramię na organizatora... za ciężki :)...
Liczba osób wpłyniętych w trzciny zgadzała się z
tymi wypłyniętymi... nuda...
Pierwszy odcinek trasy dość męczący. Organizator
wprowadził w życie sprytny i przebiegły plan:
chodziło o to, by zniechęcić spływających w
eleganckich kajakach żółto-zielonych i zamienić
kajaki. Żółto-zieloni nie zawiedli (nie wszyscy)
:-). Dziękujemy!
Dzień drugi.
Początek odwrotny do końca dnia drugiego:
jeziora-trzciny-jeziora. Potem elegancka rzeka.
Brakuje drewna i Niemców...:-)
Spływ zaliczam do
udanych, a bohaterkami tego spływu zostają Maja,
Marysia i Olga!!!
Tak to widziała moja osobista małżonka :). Nic nie
napisała, że osoby dzielą się na spływające i
spławiane :)
Oczywiście na forum możecie znaleźć zdjęcia. A pod
linkiem jak wyglądała strona zapowiadająca
spływ.
|
Słupia
I (Gowidlino-Stary Dwór)
Oczami Oli:
Jak to się stało, że piszę
ten opis, to już niech się tłumaczy Łuki;), ja
się tylko tłumaczę, że pamięć szybko robi się
dziurawa, więc o wszystkim pewnie na pewno tu
nie będzie:
Na Słupię czekaliśmy cały długi rok odkąd
Pan-Od-Kajaków ze Skotawy zachwalał rzekę i
jeszcze kusił wpływaniem do morza. Tego
ostatniego w planach Słupi cz1. nie było, ale w
końcu przynajmniej jest powód, żeby wrócić:)
Szóstka nas (Kasia, Włodek, Beata, Łuki, Jahu,
ja) przyjechała w środę wieczorem - pole
namiotowe Kajlandia w Sulęczynie. Jak na nas to
był bardzo wczesny wieczór i (o zgrozo!) było
widno jeszcze, rozstawialiśmy namioty za dnia i
bez latarek, ale możemy się wytłumaczyć w końcu
tym, że w czerwcu dni są takie długie, a piwa
wiezione w bagażnikach z Poznania z każdą
godziną robiły się coraz cieplejsze. Samo pole
namiotowe było bardzo luksusowe – pełen wybór
wiatek, kranów z bieżącą wodą, pole do
siatkówki, a nawet staw na wędkowanie Włodkowe.
Zdążyliśmy rozpalić ognisko, poznać ekipę
Kamperowców i ich wysiłki wyciągnięcia
zapadniętego po ośki Kampera z podmokłego pola,
gdy zaczęła się burza. I tak deszcz został z
nami przez cały kolejny dzień (albo dwa – luki w
pamięci;)).
Rano dojechała do nas brakująca trójka (Bogdan,
Mateusz i Aga) i ruszyliśmy na Start w strugach
deszczu. Żeby nie było za nudno i żebyśmy
naprawdę poczuli, dlaczego to lubimy, spływ
zaczęliśmy od długiego jeziora Gowidlińskiego
(na tym spływie wszystkie jeziora były dłuuugie:)).
Dzielnie
przetrwaliśmy wiatr w twarz, deszcz i dalekie
grzmoty (mniam;) i w końcu z jeziora trafiliśmy
na rzekę z różnymi ciekawostkami – tu progi, tam
kamienie, potem drugie jezioro i w końcu Rynna
Sulęczyńska – 200-300 metrów rwącego potoku po
kamienistym dnie. Kajaki przestawały nas trochę
słuchać, a mój i Agi kajak nabrał bokiem wody i
powiedział zdecydowane NIE stojąc w proteście w
poprzek rzeki. Na szczęście Łuki się jakoś z tym
kajakiem dogadał i posłużył nam jeszcze do
niedzieli:)
Drugiego dnia opuściliśmy wypasione pole i
powędrowaliśmy dalej leśną Słupią, trochę więcej
już było zwalonych drzew na rzece niż kamieni i
progów, ale ciekawie i w miarę szybko. No i w
końcu chyba pod wieczór zrobiła się ładna
pogoda. Nocleg na polu w Soszycy - co prawda bez
„dogodności”, ale za to ze sklepem tuż obok
pola, a na ognisku pysznymi majonezowymi
kanapkami Agi (pewnie już przepadłaś stara;) i
nieprzyprawionym! wyluzowanym kurczakiem
Łukiego.
Trzeci dzień (Soszyca – Gałąźnia Mała) kończymy
przewózką kajaków na urocze pole namiotowe tuż
nad rzeką, z kościołem vis-a-vis i kolejnym na
szlaku papieskim kamieniem. Co prawda w nocy
okazało się, że ubyło z metr rzeki, ale trudno
teraz stwierdzić, czy to z powodu elektrowni,
czy też zwidów po ogniskowym drewnie o dziwnym
chemicznym zapachu wdychanym do świtu. (Świt to
w końcu umowna kwestia jest;) )
No i niedziela, co się leniwie toczyła całkiem
szeroką już rzeką i jeziorami (tu już mniej
leniwie było), był czas i na tratwy i na drzemki
15tki w kajaku. Spływ skończyliśmy na polu w
Leśnym Dworze.
Sama Słupia bardzo nam się podobała, było chyba
wszystko: od najbardziej ciekawego odcinka z
pierwszego dnia po leniwe rozlewiska z dnia
ostatniego; od burzy po upał; dużo elektrowni na
szlaku i oznakowań - przed każdą najmniejszą
„trudnością” ostrzegał stojący na brzegu znak z
wykrzyknikiem. Ale przede wszystkim pozostał
niedosyt i wrażenie, że te 4 dni przemknęły
zdecydowanie za szybko! Ja osobiście mam nawet
wątpliwości, czy to były na pewno całe 4 dni?;)
Łuuuukiii?
Dzięki:)
Poza powyższym opisem Oli (dzięki) możecie
zobaczyć stronę
zapowiadającą spływ. Zdjęcia z tego i
wszystkich innych spływów możecie zobaczyć i
ściągnąć wchodząc na forum.
|
Warta
(Śrem-Puszczykowo)
Oczami Mikołaja, syna mojego rodzonego :)
Najkrótszym słowem to mógłbym powiedzieć, że nie
pamiętam nic, ale to trzeba chyba dłuższym.
Tata przywiózł kajaki, a Jahu przyjechał swoim
grzmotem, co pali 25 na 100 kilometrów. Kajaki
stały u nas 2 dni.
Jahu mnie zawiózł. Jak przyjechaliśmy to Taty
jeszcze nie było.
A tu muszę sięgnąć pamięcią głębiej, bo tego to
tak dobrze nie pamiętam. Musieliśmy czekać na
resztę. I już wszystko pamiętam. Jahu ledwo
zaparkował, bo nie było miejsca. I musieliśmy
znosić kajaki z górki i położyliśmy na rzekę.
Rzeka była szeroka, głęboka i trochę nudna.
Była wieża telewizyjna po lewej stronie.
Popłynęliśmy dalej w las. Nie było zbyt trudnych
przeszkód. Płynęliśmy, byliśmy prawie ostatni,
bo Jahu płynął za nami.
Było nawet sporo ludzi. Zaczynaliśmy gdzieś koło
212 kilometra, a płynęliśmy do 182. W kajaku
jedliśmy Kitkaty i inne słodkości.
Dość długo się płynęło – 4,5 godziny według
mnie. Płynęliśmy koło jakiegoś miasteczka mi się
wydaje. Przerw na siku nie było aż tak dużo.
Później płynęliśmy 1 godzinę w lesie. Później
Tata powiedział, że za 5 km HEN będzie meta, a
okazało się, że to będzie 10 km. Jak już
wpłynęliśmy na metę to wpłynęliśmy do miasta i
później było 50 km do Poznania mi się wydaje.
Wysiedliśmy na lądzie. Tata i Jahu próbowali
rozpalić ognisko. Za drugim lub trzecim razem to
im się udało. Później zaczęło się ognisko, nawet
Tata zjadł kiełbasę. Ja smażyłem sobie chlebek.
Byliśmy obok ośrodka, w którym była impra jakby
to krótko wyrazić. Jak przypłynęliśmy do brzegu
to dzieciaki zebrały się sporą gromadką – w
sensie 3. Nie wiem skąd się wzięły. Później
poszedłem się z tymi dzieciakami bawić aż do
wtedy, gdy Tata zawołał „Mikołaj jedziemy!”. Ja
spytałem, czy jeszcze chwilę i zostaliśmy 15
minut, a później wracaliśmy samochodem Taty w 45
minut.
Piękny opis prawda? Ja jestem dumny. Poza tym
standardowo możecie zobaczyć
stronkę. Zdjęciami się nie chwalę bo nie
ma czym.
|
|
|
|
|
| Witamy Gość |
| Obecny czas to 2026-11-02, 05:24 |
|
|