Forum cajakere 
necesse est
 vivere 
non est necesse

Tegorocznie
.... (8-9 lipca)

... (...)

... (...)


Menu
strona główna
egoistycznie
kajakomania
rowerownia
archiwum

Dodatkowo
forum
pomoc

logowanie do poczty

kajakomania 2011
kajakomania 2011
Prosna     Liswarta     Słupia II     Obra     Słupia I     Warta 
Prosna (Gizałki - Ruda Komorska)

Dane słowo jest dla mnie bardzo ważne. Szkoda, że nie dla wszystkich. Ten opis miał napisać ktoś inny, ale od 4 miesięcy nie może znaleźć 30 minut czasu.

W związku z tym kilka słów raczej nie opisu spływu ale samej rzeki. Piszę to po to aby pamiętać, żeby na tą rzekę już raczej nie jechać...
Pomijając anomalię pogodowe (25 'C - 2 października) i całkiem przyjemne ognisko uzupełnione obecnością niespływających spływowiczów na tej rzece nie wydarzyło się nic. Kompletnie nic. Stała szerokość. Stała prędkość. Zero przeszkód. Nuda do kwadratu. No może poza atrakcją w postaci wszechobecnych kabli od czujników do badania budowy geologicznej....

Poza tym standardowo link do strony zapowiadającej spływ.

Liswarta (Krzepice - Wąsocz)
Tego opisu też nie maiłem pisać. No cóż.
Rzeka ciekawa, trochę przeszkód, zakrętów, szybszych kawałków. Wszystko jednak raczej mało wymagające i łatwe do przepłynięcia. Fajne miejsce na nocleg po umówieniu się z harcerzami w ich ośrodku w Zawadach. Poza tym kompletną dziurę mam w głowie co do tego spływu. No nic odbył się. I pewnie był udany....

Żeby opisy mówiły cokolwiek muszę je pisać od razu po spływie... Poza tym standardowo link do strony zapowiadającej spływ.

Słupia II (Leśny Dwór - Ustka)

Tym razem oczami Agnieszki zwanej w niektórych kręgach Chińczykiem :) 
(złośliwie wersja oryginalna bo jak się pisze od razu po spływie to się wszystko pamięta)

W historii kajakowych wędrówek po rzekach jeszcze nigdy się nie zdarzyło by nasze spływanie miało misję. Tak, tak – misję. I to nie jedną a dwie!!!!
Pierwszą z nich było zakończenie spływu na wielkim morzu i złożenie wioseł na plaży w Ustce. Drugą (o czym wiedziała zaledwie garstka spływających) znalezienie zagubionego na tych terenach, wiele lat temu, trampka Oli :) Zarówno pierwsze zadanie jak i drugie mieliśmy zamiar wykonać baaaaaaaardzo skrupulatnie… Ale od początku…

Wszyscy stawiliśmy się wieczorem na polu namiotowym w Słupsku, tyle czas naszych dojazdów rozciągnął się do kilku dłuuugich godzin – kiedy jedni szli już spać inni dopiero zaczynali nocne życie :). Słupsk przed naszym przyjazdem nawiedziła spora ulewa, więc rozbijanie  namiotów poprzedziło skrupulatne szukanie miejsc wolnych od kałuż. Zaraz potem zabraliśmy się za ognisko, którego przygotowanie z mokrego drewna nie należało do najłatwiejszych (tym razem drewno nosiliśmy nie na naręcza, lecz na taczki). 

Spływanie rozpoczęliśmy na mecie Słupi cz1. czyli w …… (Łuki dopisz , bo nie pamiętam nazwy – jakoś na L… to było. Czyżby Leśny dwór? :)). Większość w dwójkach, zaledwie paru śmiałków pokusiło się o jedynki (oj będą tego żałować). Mieliśmy wszystko czego do szczęścia kajakarzowi potrzeba - znośny sprzęt (oj, niosło nas że hej!!), napoje wzmacniające, posiłki regeneracyjne i śpiew na ustach (Radzia oczywiście) :). Pierwszy odcinek rzeki spokojny, z niewielką ilością przeszkód, co uśpiło naszą uwagę. Potem poddaliśmy się fali przechyłów i wywrotek. Rzeka zaatakowała m.in. Leszka oraz Kasie z Mikołajem. W ratowaniu uczestniczyli niemal wszyscy – były liny w akcji, golasy w wodzie i zbieranie dobytku po okolicznych krzakach (niestety zielona szmatka Mikołaja pozostała na zawsze w nurcie rzeki –eeeeh, a taka ładna była).
Te wodne atrakcje zajęły nam sporo czasu – to sprawiło, że grupa się rozdzieliła na tych co popłynęli nie wiedząc o wywrotkach i na tych co walczyli z żywiołem. Na metę w Słupsku dotarliśmy z dużym opóźnieniem. Na brzegu czekali na nas Bogdan z rodziną oraz Patrycja z Łukaszem. Czekały na nas także setki rycerzy w zbrojach i średniowieczne białogłowy, którzy przyjechali tu na „Rycerskie oblężenie Słupska”
W hałasie wojowniczych okrzyków, walk polnych (bo na polu namiotowym), grzmotów armatnich (w postaci sztucznych ogni) i świstu łuczniczych strzał zabraliśmy się za suszenie odzieży, ognisko i inne zajęcia ogólno-towarzyskie.

Parę słów na temat tutejszego pola z perspektywy 2 spędzonych tu nocy? Zdecydowanie zbyt cywilizacyjnie – prysznice, olbrzymia betonowa wiata, skoszona trawa - fuj!!!

Drugiego dnia porzuciliśmy Słupsk. Spływanie rozpoczęło się małą przenoską, potem rzeka niosła nas i niosła aż do Bydlina (chyba :)… albo do Łosina? Łuki pomóż bo ja mam luki w pamięci). Rzece ogólnie nie mam nic do zarzucenia, choć odstępy na tzw. przymusowe przystanki czasami były zbyt długie.
Były nurty, były wywrotki, było czesanie po krzakach, były tratwy wielokajakowe i wszechobecne gadanie Radka – czy do szczęścia potrzeba czegoś więcej? Sporo czasu zajęło nam szukanie odpowiedniego miejsca na posiłek regeneracyjny. Wobec ilości wymagań dotyczących takiego miejsca, nasze poszukiwania nie miały końca. Wreszcie – jest!!! A wraz z nim ciepłe piwo, śledzie w słoiku, marchewki z Lidelka, wymięte w kajaku kanapki, lizaki od Jaha i ciepła owocowa herbata, koniecznie z 8-ma łyżeczkami cukru :).
Na pole namiotowe w małym gospodarstwie agro dotarliśmy popołudniu. Okolica malownicza - ogród z kwiatami, gospodarskie ogórki prosto z gruntu, zaprzyjaźnione kaczki krzyżówki (niestety żywe, nie z ogniska) i śmierdzący wychodek – bajka!. W ramach sjesty jedni pojechali do Ustki na zakupy, inni oddawali się błogiej drzemce lub grali w karty i pili resztki Bogdanowych nalewek – pigwówki i malinówki. Wieczorem rozpaliliśmy ognisko.
Stwierdzam, że z roku na rok cywilizacja coraz bardziej wkrada się w nasze spływowe zwyczaje. Ogniskowy stolik z ceratką, kije do smażenia kiełbasek, krzesełka do siedzenia, materace dmuchane w namiotach. Strrraszne!!!!

Trzeci dzień spływania zakończyliśmy w Ustce. Niestety nie udało nam się wpłynąć na morze ale dzielnie walczyliśmy o to do końca. Brak zgody ze strony służb portowych uniemożliwiły nam wykonanie tego zadania.

Spływ zaliczam do baaaaaaaaaardzo udanych. W tak doborowym towarzystwie można by spływać dłużej, i dłużej, i jeszcze. Spływania w jedynkach na następnych spływach odmówili Leszek i Radek. Lechu uznał, ze wyrobił normę wywrotek jak na jeden spływ przystało (choć rekordu Nowak nie pobił). A Radka nigdy więcej już samego w kajak nie wpuścimy z obawy o jego ogólny stan emocjonalny (chłopak musi mieć towarzystwo i tyle :)).
Pozostał w nas tylko trochę żal i rozczarowanie, że kajaki musieliśmy opuścić przed portem - Szkoda.
Dobrze, ze chociaż Ola odnalazła swoje trampki :).

Poza tym standardowo link do strony zapowiadającej spływ oraz pierwszy raz linki do map z przepłyniętymi odcinkami.


Obra (św. Wojciech - Stary Dworek)

Oczami Alicji:

Dzień pierwszy.
Pierwszy odcinek trasy: więcej drewna niż wody, wokół słychać nowy gatunek ptaka – Niemca. Wrażenia: korki i tłok ... zupełnie jak wyprawa do galerii handlowej w weekend... jedyna różnica: w tle więcej niemieckiego.
Drugi odcinek trasy: nareszcie więcej wody niż drewna ... no i szeroko, jeziora, cudownie...Potem trzciny... dużo trzcin. Wokół nikogo... tylko trzciny... żadnych świadków... przeszła mi przez głowę jedna myśl... spojrzałam przez ramię na organizatora... za ciężki :)... Liczba osób wpłyniętych w trzciny zgadzała się z tymi wypłyniętymi... nuda...
Pierwszy odcinek trasy dość męczący. Organizator wprowadził w życie sprytny i przebiegły plan: chodziło o to, by zniechęcić spływających w eleganckich kajakach żółto-zielonych i zamienić kajaki. Żółto-zieloni nie zawiedli (nie wszyscy) :-). Dziękujemy!

Dzień drugi.
Początek odwrotny do końca dnia drugiego: jeziora-trzciny-jeziora. Potem elegancka rzeka. Brakuje drewna i Niemców...:-)

Spływ zaliczam do udanych, a bohaterkami tego spływu zostają Maja, Marysia i Olga!!!

Tak to widziała moja osobista małżonka :). Nic nie napisała, że osoby dzielą się na spływające i spławiane :)
Oczywiście na forum możecie znaleźć zdjęcia. A pod linkiem jak wyglądała strona zapowiadająca spływ.

Słupia I (Gowidlino-Stary Dwór)

Oczami Oli:

Jak to się stało, że piszę ten opis, to już niech się tłumaczy Łuki;), ja się tylko tłumaczę, że pamięć szybko robi się dziurawa, więc o wszystkim pewnie na pewno tu nie będzie:
Na Słupię czekaliśmy cały długi rok odkąd Pan-Od-Kajaków ze Skotawy zachwalał rzekę i jeszcze kusił wpływaniem do morza. Tego ostatniego w planach Słupi cz1. nie było, ale w końcu przynajmniej jest powód, żeby wrócić:)
Szóstka nas (Kasia, Włodek, Beata, Łuki, Jahu, ja) przyjechała w środę wieczorem - pole namiotowe Kajlandia w Sulęczynie. Jak na nas to był bardzo wczesny wieczór i (o zgrozo!) było widno jeszcze, rozstawialiśmy namioty za dnia i bez latarek, ale możemy się wytłumaczyć w końcu tym, że w czerwcu dni są takie długie, a piwa wiezione w bagażnikach z Poznania z każdą godziną robiły się coraz cieplejsze. Samo pole namiotowe było bardzo luksusowe – pełen wybór wiatek, kranów z bieżącą wodą, pole do siatkówki, a nawet staw na wędkowanie Włodkowe. Zdążyliśmy rozpalić ognisko, poznać ekipę Kamperowców i ich wysiłki wyciągnięcia zapadniętego po ośki Kampera z podmokłego pola, gdy zaczęła się burza. I tak deszcz został z nami przez cały kolejny dzień (albo dwa – luki w pamięci;)).
Rano dojechała do nas brakująca trójka (Bogdan, Mateusz i Aga) i ruszyliśmy na Start w strugach deszczu. Żeby nie było za nudno i żebyśmy naprawdę poczuli, dlaczego to lubimy, spływ zaczęliśmy od długiego jeziora Gowidlińskiego (na tym spływie wszystkie jeziora były dłuuugie:)). Dzielnie przetrwaliśmy wiatr w twarz, deszcz i dalekie grzmoty (mniam;) i w końcu z jeziora trafiliśmy na rzekę z różnymi ciekawostkami – tu progi, tam kamienie, potem drugie jezioro i w końcu Rynna Sulęczyńska – 200-300 metrów rwącego potoku po kamienistym dnie. Kajaki przestawały nas trochę słuchać, a mój i Agi kajak nabrał bokiem wody i powiedział zdecydowane NIE stojąc w proteście w poprzek rzeki. Na szczęście Łuki się jakoś z tym kajakiem dogadał i posłużył nam jeszcze do niedzieli:)
Drugiego dnia opuściliśmy wypasione pole i powędrowaliśmy dalej leśną Słupią, trochę więcej już było zwalonych drzew na rzece niż kamieni i progów, ale ciekawie i w miarę szybko. No i w końcu chyba pod wieczór zrobiła się ładna pogoda. Nocleg na polu w Soszycy - co prawda bez „dogodności”, ale za to ze sklepem tuż obok pola, a na ognisku pysznymi majonezowymi kanapkami Agi (pewnie już przepadłaś stara;) i nieprzyprawionym! wyluzowanym kurczakiem Łukiego.
Trzeci dzień (Soszyca – Gałąźnia Mała) kończymy przewózką kajaków na urocze pole namiotowe tuż nad rzeką, z kościołem vis-a-vis i kolejnym na szlaku papieskim kamieniem. Co prawda w nocy okazało się, że ubyło z metr rzeki, ale trudno teraz stwierdzić, czy to z powodu elektrowni, czy też zwidów po ogniskowym drewnie o dziwnym chemicznym zapachu wdychanym do świtu. (Świt to w końcu umowna kwestia jest;) )
No i niedziela, co się leniwie toczyła całkiem szeroką już rzeką i jeziorami (tu już mniej leniwie było), był czas i na tratwy i na drzemki 15tki w kajaku. Spływ skończyliśmy na polu w Leśnym Dworze.
Sama Słupia bardzo nam się podobała, było chyba wszystko: od najbardziej ciekawego odcinka z pierwszego dnia po leniwe rozlewiska z dnia ostatniego; od burzy po upał; dużo elektrowni na szlaku i oznakowań - przed każdą najmniejszą „trudnością” ostrzegał stojący na brzegu znak z wykrzyknikiem. Ale przede wszystkim pozostał niedosyt i wrażenie, że te 4 dni przemknęły zdecydowanie za szybko! Ja osobiście mam nawet wątpliwości, czy to były na pewno całe 4 dni?;)

Łuuuukiii?

Dzięki:)

Poza powyższym opisem Oli (dzięki) możecie zobaczyć stronę zapowiadającą spływ. Zdjęcia z tego i wszystkich innych spływów możecie zobaczyć i ściągnąć wchodząc na forum.

Warta (Śrem-Puszczykowo)

Oczami Mikołaja, syna mojego rodzonego :)


Najkrótszym słowem to mógłbym powiedzieć, że nie pamiętam nic, ale to trzeba chyba dłuższym.

Tata przywiózł kajaki, a Jahu przyjechał swoim grzmotem, co pali 25 na 100 kilometrów. Kajaki stały u nas 2 dni.

Jahu mnie zawiózł. Jak przyjechaliśmy to Taty jeszcze nie było.

A tu muszę sięgnąć pamięcią głębiej, bo tego to tak dobrze nie pamiętam. Musieliśmy czekać na resztę. I już wszystko pamiętam. Jahu ledwo zaparkował, bo nie było miejsca. I musieliśmy znosić kajaki z górki i położyliśmy na rzekę.

Rzeka była szeroka, głęboka i trochę nudna.

Była wieża telewizyjna po lewej stronie. Popłynęliśmy dalej w las. Nie było zbyt trudnych przeszkód. Płynęliśmy, byliśmy prawie ostatni, bo Jahu płynął za nami.

Było nawet sporo ludzi. Zaczynaliśmy gdzieś koło 212 kilometra, a płynęliśmy do 182. W kajaku jedliśmy Kitkaty i inne słodkości.

Dość długo się płynęło – 4,5 godziny według mnie. Płynęliśmy koło jakiegoś miasteczka mi się wydaje. Przerw na siku nie było aż tak dużo.
 
Później płynęliśmy 1 godzinę w lesie. Później Tata powiedział, że za 5 km HEN będzie meta, a okazało się, że to będzie 10 km. Jak już wpłynęliśmy na metę to wpłynęliśmy do miasta i później było 50 km do Poznania mi się wydaje.

Wysiedliśmy na lądzie. Tata i Jahu próbowali rozpalić ognisko. Za drugim lub trzecim razem to im się udało. Później zaczęło się ognisko, nawet Tata zjadł kiełbasę. Ja smażyłem sobie chlebek. Byliśmy obok ośrodka, w którym była impra jakby to krótko wyrazić. Jak przypłynęliśmy do brzegu to dzieciaki zebrały się sporą gromadką – w sensie 3. Nie wiem skąd się wzięły. Później poszedłem się z tymi dzieciakami bawić aż do wtedy, gdy Tata zawołał „Mikołaj jedziemy!”. Ja spytałem, czy jeszcze chwilę i zostaliśmy 15 minut, a później wracaliśmy samochodem Taty w 45 minut.

Piękny opis prawda? Ja jestem dumny. Poza tym standardowo możecie zobaczyć stronkę. Zdjęciami się nie chwalę bo nie ma czym.


Witamy Gość
Obecny czas to 2026-11-02, 05:24

Zaloguj
Użytkownik:
Hasło:
Zapamiętaj 
Zapomniałem hasła
Rejestracja

Szybka rejestracja
Użytkownik:
Hasło: Potwierdź Hasło:
E-mail: @
      

Szukaj
Szukaj:
Szukaj w:

Zaawansowane wyszukiwanie


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group