Opis tego spływu nie
powstał, ale standardowo możecie zobaczyć
link do strony zapowiadającej spływ oraz
na forum znaleźć linka do zdjęć.
Dunajec
(Nowy Targ - pomiędzu Starym, a Nowym Sączem)
Postanowiłem nie pisać normalnego opisu tylko w
punktach
podsumować wyjazd na Dunajec.
Po pierwsze, odchodzi się od dwójek. To
był chyba pierwszy
spływy, w którym jedynkowi cze stanowili większość
nad dwójkowiczami (a już na
pewno pierwszy, w którym ta przewaga była ta
wyraźna).
Po drugie, ciężko powiedzieć, czy odchodzi się od
pożyczania
kajaków na miejscu. Tym razem znów wieźliśmy
kajaki (dzięki Jahu), tym razem
pożyczoną lawetą (dzięki Piotr). Myślę, że jest to
dobry patent dla 6 kajaków.
Po trzecie, mam wrażenie, że odchodzi się od
robienia zdjęć.
Agnieszka robiła zdjęcia tabletem, Jahu kamerką
sportową śmigał filmiki. O
drugiej Agnieszce i jej aparacie fotograficznym
dla bezpieczeństwa nie wspomnę…
Po czwarte, Yśka obiecała pofikać i obietnicę
spełniła. Wykorzystała
również świeżo zdobyte umiejętności pływania
defensywnego (ja nawet nie
wiedziałem, że pływanie po wywrotcema
swoją nazwę). Trochę tym wszystkim był zaskoczony
Tomek, który i fikał, i
pływał, a zupełnie nic nie obiecywał… no i trzeba
dodać, że to wszystko
odbywało się w nadgodzinach.
Po piąte, popłynęliśmy dalej niż planowaliśmy
pierwotnie,
robiąc tym samym nadgodziny na spływie. Stało się
tak z kilku powodów: było
wcześnie, rzeka fajnie niosła, i najważniejsze –
nikt oprócz mnie się tego dnia
nie wywrócił, a spływ nie mógł tak się skończyć.
Skutki nadgodzin były
dwojakie. Jest co wspominać (dzięki Yśka i Tomek)
oraz będzie ciężko wspominać
(dzięki Yśka, aparat przywiązuje się do kajaka
przed wywrotką…;)). No i jeszcze
jedno – chłopaki pojechali na stopa po samochody.
Nie wiem jakich atutów użyli,
ale z powrotem byli w ekspresowym tempie…
Po szóste, w Kościeńku zrobiliśmy sobie nasze małe
Wilkowyje.
Na ławce, na przystanku autobusowym, pod szyldem
„Bar Szczęście”, pomiędzy kościołem,
a komisariatem policji piliśmy piwko na
trzycztery. Trzycztery chyba wejdzie na
stałe do repertuaru spływowego. Ciekaw jestem czy
ławeczka i Wilkowyje
również….
Po siódme, odchodzi się chyba od robienia ognisk.
Przez
cztery noce ognisko robiliśmy tylko raz. I znów
kiełbaski wróciły do Poznania. Nawet psy nie
chciały jej tknąć.
Po ósme, spływy część z nas wstała w nocy i poszła
w góry,
aby na Sokolicy zjeść śniadanie. Nie wiem, czy na
szczycie śniadanie smakuje
lepiej, ale mi osobiście spało się dobrze, a
śniadanie było bardzo smaczne przed
namiotem ;).
Po dziewiąte, niektórzy na falach mieli odlot. Ola
twierdzi,
że fruwała na flach :D. Jakby do kajaka dorobićskrzydła to nawet taki szybowiec mógłby
powstać….Och moje orły!!!
Po dziesiąte, spłaciłem dług Mateuszowi
zaciągnięty chyba 8-9
lat temu…. Na szczęście nie zażądał odsetek. A
wszystko przez to, że Wilkowyje
przeniosły się na lawetę. Swoją drogą laweta jest
bardzo dobrym miejscem na
bezogniskowe wieczory. Siedzenia dla 12 osób z
miejscem na nogi, stoliki, pełen
luksus. Oczywiście do momentu gdy po kilku piwkach
musi się wyjść sprawdzić czy
rowery stoją. No i pod warunkiem, że akurat na
lawecie nie imprezują kajaki.