|
Rurzyca (Trzebieszki -
Krępsko)
W
tym roku wybraliśmy się na Rurzycę po raz drugi w naszej spływowej
karierze
(ja byłem tam 3 razy). W sumie myślałem, że będzie to serio duży spływ.
No może nie tak duży jak zeszłoroczna Gwda, ale duży. Ostatecznie
jednak po
wielu perturbacjach w ostatnich 10 dniach przed spływem na liście
znalazło się
30 osób.
Pogoda jaka poprzedzała spływ mogła zniechęcać, ale zaledwie 2 osoby
zrezygnowały w dniu spływu i nie przyjechały :-(. Większość w dobrych
humorach stawiła się na polu biwakowym w Agricoli już w piątek.
Spędziliśmy
miły wieczór przy ognisku (o dziwo nie padało :-)). Na drugi dzień po
małym
nieporozumieniu z właścicielami gospodarstwa - kto był wie o czym mówię
-
wyruszyliśmy na na start. Reszta dołączyła w sobotę rano. Kajaki w
dobrym
stanie, część zupełnie nowa, wiosła jak się patrzy (kobietki mogły
dostać
lekkie, plastykowe), kapoki też niczego sobie- chyba nic nie można było
zarzucić kolesiowi od kajaków.
Zaczęliśmy płynąć, pochmurno, pierwsze jezioro no i deszcz. Chyba
pobiliśmy
rekord szybkości na tych jeziorach. Nikt nie myślał o opalaniu :-).
Chwilę pobyliśmy na plaży we Wrzosach. Jacyś ludzie grali na gitarze.
No tak
tego mi brakuje na naszych spływach, nikt nigdy jeszcze nie wziął
gitary.
Chyba ogniska byłyby przyjemniejsze. Ja jednak dla bezpieczeństwa nie
będę
próbował grać samodzielnie. Jakbym zaczął kolejne spływy mógłby się nie
odbyć - z braku chętnych oczywiście.
Na kolejnym odcinku, bardziej rzecznym zrobiło się przyjemniej, a nawet
słonecznie.
Ci co byli pierwszy raz mogli poprzeżywać troszeczkę pierwsze bystrza i
przeszkody, które jak każdy wie nie są ani wielkie, ani szybkie, a tym
bardziej niebezpieczne. Każdy kto pamięta ogrom przeszkód na Gwdzie w
zeszłym
roku uznałby pewnie Rurzycę za bułeczkę z masłem, ale jak na początek
to
dobra rzeczka.
Dopłynęliśmy bardzo szybko i zaczęliśmy chyba najdłuższe ognisko w
historii
spływów. Trwało od 16 do później nocy. Moim zdaniem było bardzo
sympatycznie.
A i jeszcze jedna ciekawostka. W
poniedziałek
jedziemy na Mazury, a tu dzwoni współwłaścicielka Agricoli i mówi, że
mimo
mojej "obrazy" będziemy musieli się jeszcze raz zobaczyć. Ja na to
yyyyyyy. A ona, że czegoś Alicja zapomniała z pokoju... A ja czego. Ona
nie
mogę powiedzieć. Podqurwiłem się nieco, bo potraktowała mnie jak
złodzieja,
co przyjedzie z Poznania po nie swoją rzecz. No to ja już wnerwiony
(jadę
akurat przez Inowrocław, a ona dupę mi zawraca), mówię że koniec tych
zabaw
i czego zapomniałem. A ona że odtwarzacza CD. Rzeczywiście jak się
wprowadzaliśmy to stał tam jakiś magiczny radio magnetofon z CD, ale
pomyśleliśmy,
że to wyposażenie pokoju (oj przeceniliśmy "hotel"). Z wielką
satysfakcja powiedziałem, że to nie nasze i że nie potrzebne były te
podchody. Po prostu frontem do klienta.
To jest po prostu tragedia. Jak obrabiałem
zdjęcia to nie wiedziałem gdzie ja właściwie byłem. Wyszło tak jakbyśmy
byli na GRZYBOBRANIU połączonym z ostrą popijawą przy ognisku!!! Las,
ognisko, grzyby, dobrze, że pojawił się choć raz kajak i ryba :-). A
poza tym na niektórych zdjęciach nie wiadomo kto jest - pełne
zadymienie:-))))), a na niektórych zjazd satanistyczny (w tym miejscu
szczególne podziękowania dla Radzia i jego barwnych plam, które lubi i
nie życzy sobie, aby ktokolwiek go krytykował).
Jeśli ktoś nie czuje się zniechęcony to może obejrzeć zdjęcia z tego
spływu i jeśli mimo wszystko zapragnie je mieć to możecie je również
zassać (zgodnie z zasadami opisanymi na forum) (dzięki dla
Bernatów, Radzia i Szymona) - podkreślam dla wątpiących to był
SPŁYW!!!
Tutaj możecie zobaczyć jak wyglądała strona
zapowiadająca spływ na Rurzycy.
Gwda
(Jastrowie - Piła)
Zaczęliśmy się zbierać w piątek. Ostatnie
osoby rozbijały namiot przy świetle samochodowych reflekorów. Było nas
26 osób. Ponadto przyjechali goście specjalni z Koko na czele.
Sorki ale dziś nie mam siły pisać, a
krzesło przypomina mi o oparciu kajaka :-)
Dobra zebrałem siły, a i oparcie mniej
uwiera. No przyjechał Koko. Przynajmniej na tym skończyłem. Ognisko we
wspaniałej atmosferze trwało do 4 nad ranem. To i tak nic w porównaniu
do zeszłorocznego rekordu, wtedy słońce było na niebie, gdy się kładłem
spać.
Na drugi dzień rano wszyscy leniwie zaczęli się zbierać na start
spływu. W Jastrowiu dołączyło do nas jeszcze 10 osób. W sumie 36 luda,
czyli 18 kajaków. Po małych perturbacjach w korku (chyba cała Polska
jechała tą droga nad morze), rajdowym crosie po lesie w końcu udało nam
się wystartować.
Opis rzeki oczywiście byłby dobry tylko na podpałkę, jakby nie zamókł.
Jednak zamókł i nawet do tego się nie przydał. To co było tam napisane
nie za bardzo pokrywało się z rzeczywistością. Pierwszy etap był
nudnawy, przynajmniej jak dla mnie. Zero nurtu, zero przeszkód, zero
emocji, ale przynajmniej chłopaki mogli przepakować przenosząc kajaki
na całkiem długich przenoskach.
Z wolno płynących wyłoniła się dwójka liderów. Liderów, z którymi co
niektórzy mieli do czynienia w zeszłym roku. Tak, tak to one. Moje
ulubione maruderki. Powolniaczki. Dzielne dziewczyny. Po pierwszym
kilometrze zaczęły coś przebąkiwać o zakończeniu spływu na najbliższej
przenosce. Na szczęście pojawiło się dwóch dzielnych i wspaniałych
kajakarzy (aby nie było wątpliwości to byli Kuba i Leszek) i wzięli
dziewczyny na hol. Po nader ciekawym zygzakowaniu dopłynęli do
przenoski. Później nastąpiło szybkie przetasowanie i pozostała tylko
jedna żeńska osada, która zresztą dała rade i dopłynęła drugiego dnia
do Piły. Maruderki zostały rozdzielone. Kuba i Leszek też (sorki, że
Was o nich zanudzam, ale obiecałem że o nich wspomnę na stronie
;-))
Kolejny etap nadal nie przyniósł oczekiwanych emocji (było napisane
rzeczka o charakterze górskim - ten co to pisał chyba nie był w
górach). Przynajmniej w spokoju można było pić piwko i budować
katamarany i różne inne tratwy. Później rzeka, jakby wiedząc że
jesteśmy godni i piwo się kończy, przyspieszyła. Jedna osada
przepłaciła to przyspieszenie wywrotką, ale każde przyspieszenie wymaga
ofiar. Na szczęście w nieszczęściu większość rzeczy została wyłowiona,
a wywrotowcy dobijając do brzegu byli uśmiechnięci!!!
Mimo zmęczenia radośnie siedzieliśmy do prawie 3 w nocy. Ognisko się
paliło, Leszek śpiewał, piwo się lało (dzięki temu śpiew Leszka był
znośny ;-)).
Jedyne czego mi brakuje na spływach to prawdziwie ZIMNEGO piwa. Kiedyś
się zdenerwuję i kupię samochodową lodówkę, a wtedy spływy nie będą
miały żadnych wad.
W drugi dzień tradycyjnie część pojechała nad morze, ale większość
popłynęła. Przyjemne słoneczko spokojna rzeka, jednym słowem relaksik.
Bardzo krótki odcinek pozostawił niedosyt (w sumie na tym opiera się
nadzieja, że w przyszłym roku znów będą chętni na kajakomanię). To co
nastąpiło jak już wszyscy zlądowali było zarówno piękne jak i
wspaniałe. Nawałnica, grad, wiatr - burza jak się patrzy. Pozostało nam
już tylko załadować kajaki i się pożegnać. I znów muszę podziękować
Leszkowi i Kubie :-).
A tak szczerze to teraz będzie to na co
czekają Kuba i Leszek. Jakbym przyznawał nagrodę fair play to właśnie
oni by ją w tym roku dostali. Może w przyszłym roku coś wymyśle...
Jeśli chcecie powspominać, to możecie
zobaczyć zdjęcia i wziąć paczuszki na własność (zgodnie z zasadmi
opisanymi na forum). Obiektywnie muszę stwierdzić, że mimo że uważam
ten rok spływowo bardzo udany to jakoś do fotografii wypady nie miały
za dużego szczęścia. No i po raz kolejny okazało się, że jeśli się chce
być na zdjęciach trzeba być bardzo blisko aparatu ;-).
Tutaj możecie zobaczyć jak wyglądała strona
zapowiadająca spływ na Gwdzie.
Gwda
(Piła - Kalina)
Ha, jednak się udało zorganizować jesienny
spływ. Było tak jak w założeniach. Łatwo, miło i przyjemnie. Co
zadziwiające pogoda dopisała, była lepsza niż na spływie Rurzycą.
Zebraliśmy się w sobotę rano na małej uliczce w centrum Piły. Było nas
całe osiemnaście sztuk. W tym tylko jedna (oczywiście oprócz mnie),
która już ze mną kiedyś była na spływie.
Koleś dał nam serio dobre kajaki, mimo że moje pierwsze wrażenia były
straszne - toporne, obdrapane i na pewno ciekną. Okazało się jednak, że
nie ciekły, każdy miał wygodne siedzonka generalnie piękna sprawa.
Największe wrażenie wywołało miejsce na którym mieliśmy się wodować.
Woda stojąca cała zarośnięta rzęsą wodną. Mielimy do wyboru: albo się
zwodować na starorzeczu, albo nieść kajaki 300m do głównego nurtu.
Wybraliśmy płynięcie w rzęsie :-). Po jedynej przenosce przez wał na
główny nurt zaczęliśmy płynąc przez miasto. Ludzie na nas dziwnie
patrzyli, ale trudno nikt nie mówił, że nie będą się z nas śmiać. My
jednak dzielnie sunęliśmy do przodu. Nurcik był dość szybki, słoneczko
świeciło, mało przeszkód okoliczności w sam raz na leniwe spływanie.
Kila przeszkód nowicjusze pokonywali bezwypadkowo tylko w sobie znany
sposób :-) (gratulacje dla Asi i Michała którzy spiętrzenie
pokonali tyłem - już myślałem że leżycie :-))))).
Trasa okazała się krótka. Pozostał niedosyt, który mam nadzieję będzie
prawidłowo spożytkowany w przyszłym roku.
Na mecie czekało nas pole pełne młodych, zielonych, niskich POKRZYW.
Reumatyzmowi mówimy stanowcze NIE. Wyciągnęliśmy kajaki, naznosiliśmy
drewna na ognisko i zaczęliśmy palić ognisko. Trochę dziwnie było palić
ognisko w środku dnia, ale kiełbaski były całkiem smaczne. W
międzyczasie kierowcy mieli niewątpliwą przyjemność jechania wspaniałym
tworem polskiej motoryzacji marki Lublin - niektórzy z nas robili to na
pace, co było, wierzcie mi, zajebistym przeżyciem :-).
Ognisko płonęło, pożartowaliśmy, pogadaliśmy, no i zebraliśmy się do
domów.
Było serio miło.
Wyjątkowo na tym spływie zrobiliśmy dużo
zdjęć, które w większości nie przypominają barwnych plam :-).
Tutaj możecie zobaczyć jak wyglądała strona
zapowiadająca spływ na Jesiennej Gwdzie.
|