|
Dunajec (Sromowce
Niżne - Szczawnica)
Wyjazd na rafting był we wrześniu.
Wszystkie weekendy we wrześniu były piękne. Wszystkie oprócz tego w
który pojechaliśmy do Krościenka. Miało jechać w sumie 6 osób. niestety
rozchorował się Mikołaj i Alicja nie pojechała, a mój brat mimo
intensywnych zabiegów leczniczych wodą ognistą poddał się choróbsku i
również został w domu. Pojechaliśmy w czwórkę. 1100 km do przejechania
w dwa dni dla 2-3h spływania. Hmmm pomysł był szalony, a wyjazd w sumie
udany. Nie polecam jednak takiego rozwiązania. Lepiej jak jest się w
okolicy jedne dzień poświęcić na spływ, który jest ciekawą alternatywą
dla spływu tratwami flisackimi.
Na początek kila formalności z ubezpieczeniem, krótka rozgrzewka i
zdziwienie organizatorów, że nie jesteśmy na totalnym kacu :-).
Wsiedliśmy do pontony i zaczęliśmy wiosłować. Generalnie było fajnie,
ale pozostał niedosyt mocnych wrażeń. Agnieszka mówiła, że w Austrii w
górach adrenalina osiąga nieporównywalnie wyższy poziom, a atrakcje na
Dunajcu są zdecydowanie mało atrakcyjne, jeśli się było na prawdziwie
górskiej rzece.
Generalnie było spoko. Miło i sympatycznie jak każdy nas wspólny wyjazd
:-).
Jeśli chcecie możecie zobaczyć jaki miałem widok z okna w niedzielny poranek. Chyba mógłbym w
takim miejscu mieszkać. Innych zdjęć nie zrobiliśmy heheheh,
jakoś nie było czasu, było za zimno, albo po prostu nie było
okazji.
Drawa
(Jezioro Pańskie - Sitnica)
Pierwszy spływ kajakowy, który trwał trzy
dni. Trzy dni na wodzie :-). Wyjeżdżaliśmy z Poznania pełni nadziei, że
pogoda dopisze. Aura jednak spłatała nam figla już w obornikach. Było
dość chłodno i zaczął padać mocny deszcz. Wypatrywaliśmy przejaśnień,
które oczywiście wszyscy widzieli, ale na tyle daleko, że zaczęliśmy
snuć plany trzydniowego siedzenia w namiotach i picia.... Na szczęście
się rozjaśniło i mimo chłodu rozpoczęliśmy pierwszy dzień spływu.
Pierwszy raz płynęliśmy w kajakach z polietylenu. Piękna sprawa, lekkie
wytrzymałe i serio wygodne. Wojtek założył kapelusz włóczykija i poczuł
się przewodnikiem stada. On popłynął za dużą grupą, a my jak te owce za
nim. Minęliśmy jezioro wpłynęliśmy w przesmyk, który z biegiem czasu
stawał się coraz węższy i było jakby coraz bardziej pod prąd. W końcu
zaczęło nam coś nie pasować i postanowiliśmy zadzwonić do kolesia od
kajaków, który nas delikatnie i subtelnie wyśmiał i kazał zawracać.
Grupa, która popłynęła przed nami błądziła bo bagnach i rozlewiskach
cztery godziny i zakończyli spływ w miejscu, w którym go rozpoczęli. My
straciliśmy dwie godziny na tych manewrach, ale co tam pływanie pod
prąd staje się powoli naszą tradycją. Przepłynęliśmy kolejne jezioro i
wpłynęliśmy na dość ciekawe rozlewiska. W pewnym momencie okazało się,
że jesteśmy na "drodze bez przejazdu" wróciliśmy do rozwidlenia i nikt
z szesnastu osób nie pamiętał skąd przypłynęliśmy (było kilka odnóg). W
końcu trafiliśmy w dobre miejsce. Wpłynęliśmy w końcu na Drawę i bardzo
leniwy nurt zaczął nas nieść w kierunku mety pierwszego dnia. Przez te
błądzenia i wyprawy pod prąd no i przez nie najlepszą pogodę narastało
w nas zniecierpliwienie. Chcieliśmy jak najszybciej dotrzeć na pole
namiotowe, tzn. biwak z wychodkiem w lesie :-), usiąść przy ognisku i
napić się piwka. W końcu nasze marzenia się spełniły. A tak na
marginesie coraz lepsze pola biwakowe wyszukuje :-))).
Wieczór minął tradycyjnie, miło przy ognisku z piwkiem. Po prostu
miodzio.
Kolejny dzień przywitał nas słońcem, co niewątpliwie poprawiło nam
humory. Wpłynęliśmy na jezioro, krótka przerwa na zakupienie biletów do
DPN i dalej kawałek po jeziorze, krótka przerwa i w obiecany nurt!!
Rzeka na początku leniwa zaczęła przyspieszać. Niski stan wody trochę
pokrzyżował nam plany. Atrakcji i wywrotek było mniej niż się
spodziewaliśmy. Pojawiły się pierwsze przeszkody i bystrza. Było
całkiem miło choć mimo że to parka narodowy pachniało trochę komercją.
No i w końcu zdarzyło się. Pierwsza i ostatnia wywrotka. Z jednej
strony tradycyjnie - kto inny miał się w końcu wywrócić - a z drugiej
mój brat. No w każdym razie oni w w wodzie. Po krótkim kursie
nurkowania pod konarami wypełzli na pień drzewa, a kajak pod ten pień.
Dobrze w sumie, że nie odwrotnie :-). Po kilku nieudanych próbach
wyciągnięcia kajaka w końcu się udało. Wyciągało go sześciu chłopa. W
tym miejscu trzeba podziękować za pożyczenie linki. Gdyby nie ona chyba
byłoby zdecydowanie ciężej!!! DZIĘKUJEMY!!! Nasi wywrotowcy zaczęli
osuszać U-boota. W końcu popłynęliśmy dalej. Kilka przeszkód i
dotarliśmy do biwaku. Wieczór zapowiadał się równie dobrze a nawet
lepiej. Jeden z nas miał urodziny i to nie byle jakie, bo 30-ste. Byłem
szczerze podbudowany z postawy wszystkich uczestników naszego spływu w
tym dniu.
W trzeci dzień rzeka stała się bardziej malownicza. Trochę przeszkód,
sporo zwalonych drzew, ale generalnie łatwo i przyjemnie. W połowie
drogi minęliśmy dopływ Drawy - Korytnicę. Tam pewnie kiedyś się
wybierzemy bo to niby bardzo ciekawa rzeka.
No i teraz to, na co czekają wszyscy z
największą niecierpliwością. Zdjęcia, zdjęcia!!! Możecie je zobaczyć
zgodnie z zasadami opisanymi na forum. Chciałbym się wytłumaczyć. To że
zdjęcia są tak późno to tylko wyłącznie moja wina. Jahu, który
zaczyna zasługiwać na spływowego, etatowego fotografa dostarczył mi
zdjęcia już dawno. Trochę dłużej czekałem na kilka zdjąć od kolesia,
który nam pożyczał linkę, ale też dał radę. Ja niestety nie mogłem
znaleźć czasu na obrobienie tych wszystkich zdjęć, a jak sami
zobaczycie, jest ich sporo.
Tu możecie zobaczyć jak wyglądała strona zapowiadająca
spływ.
Piława-Gwda
(Szwecja - Piła)
Zaczęło się mało zachęcająco, bo takiej
burzy jakoś sobie nie przypominam w historii spływów. Na szczęście
przeszła ona bokiem i to w piątek. Może dzięki ciągle padającego
deszczu lepiej smakowało piwo??? Burza, deszcz i wiatr, a później noc
spowodowały, że trafienie do Zabrodzia było nielada wyczynem. Kilka
namiotów rozbijaliśmy w deszczu, ale mimo załamania pogody nie
odczuwaliśmy załamania ducha spływania. Prawda nie odczuwaliśmy??? No w
każdym razie ja nie odczuwałem. W końcu przestało padać a impreza
trwała. W sumie nawet ognisko płonęło przez cały czas. Późno, a może
raczej wcześnie dojechała Agnieszka z Wiednia, która dopiero jak
zobaczyła drogę do Zabrodzia zrozumiała, po co się uparłem, żeby po nią
wyjechać. Powiem szczerze jakbym jechał tam pierwszy raz w nocy, to
pewnie też bym zabłądził. Droga robiła wrażenie jak z filmów grozy.
Rano zaczęliśmy się zbierać, żeby spłynąć. Szło nam to opornie, ale
daliśmy radę w końcu trafiliśmy do Szwecji, gdzie wystartowaliśmy. A
jeszcze jedno. Spotkaliśmy dziadka w czapce milicji obywatelskiej :-).
Pogoda nam sprzyjała, słońce, chmurki, ale generalnie nie za gorąco no
i nie padało. Spływało się bardzo przyzwoicie. Oczywiście dzień
zakończyliśmy ogniskiem na polu namiotowym.
Drugi dzień spływu przywitał nas chmurami i zimnem. Obawiałem się że
będzie padało, ale na szczęście nie spadła ani jedna kropla deszczu.
Było zimno. Wiosłowaliśmy więc dość zawzięcie. Mój podziw wzbudził
sposób w jaki pokonaliśmy pierwszą przenoskę przez elektrownie wodną w
Dobrzycy. Po prostu desant wojsk. W końcu ukazał się napis META. Wielu
z nas poczuło ulgę. Mam nadzieje, że tak samo jak u mnie, ulga z
zakończenia spływu dość szybko przeszła w "tęsknotę za rzeką". Już nie
mogę doczekać się Drawy.
Oczywiście możecie zobaczyć (zgodnie z
zasadami opisanymi na forum), a wszystko dzięki Jahowi i spółce. To
kolejny powód żeby ich brać na wszystkie spływy ;-). Jahu dał mi
zdjęcia ładnie podzielone na dni, w które zostały zrobione, dowcipnie
opisane, po prostu miodzio. A ja nie dość że pomieszałem dni, usunąłem
opisy, to jeszcze nie jestem pewien, czy któreś z nich się nie
powtarza. Po prostu zachowałem się jak gówniarz. A jeszcze jedna sprawa
muszę wprowadzić zakaz fotografowania mnie z profilu albo muszę
schudnąć. Na razie jedna zostańmy przy zakazie ;-).
Tu możecie zobaczyć jak wyglądała strona zapowiadająca
spływ.
Gwda
(Kalina - Ujście)
W końcu pojechało nas 40 osób, jedno
dziecko i pies :-). Zebraliśmy się tym razem w sobotę rano . Pogoda
mimo całego tygodnia deszczu była sprzyjająca. W końcu daliśmy radę
wypłynąć. Później okazało się że na brzegu zostawiliśmy na brzegu sześć
kapoków :-(, które na szczęście znaleźli jacyś wędkarze i oddali do
PTTKu w Pile :-).
W sumie było spokojnie bo tak właśnie miało być, lekkie przyspieszenia
przy meandrującej rzece dostarczyły trochę zabawy, ale obyło się bez
ekscesów. Wiosenna przyroda budząca się po zimie uraczyła nas
atrakcjami: bociany i łabędzie w locie, ślady urzędowania bobrów no i
przebój spływu KROWY!!! Jedno stado nawet okazało się lekko "szalone" i
radośnie witało każdy kajak wchodząc do wody. Wszyscy radośnie
chichotali, ale odruchowo oddalali się od krowiego brzegu :-).
Kolejną atrakcja okazało się płynięcie pod prąd. Niektórzy z nas olali
zalecenia organizatora w sprawie wysiłku i popłynęli z prądem. To
jest w ogóle skandal. Takie lenistwo. Trzeba by chyba wymyślić jakąś
karę za takie zachowanie ;-). W każdym razie większość odpowiednio
przypakowana trafiła na ognisko, Jahu ruszył z wodną ekspedycją
ratunkową i też zaginął, a koleś od kajaków ruszył na pomoc lądem,
Leszek ustalał pozycje zaginionych, a reszta nic sobie z tego nie
robiąc zajadała kiełbachy. Cóż za zgrana ekipa :-). W końcu jedzenie
kiełbas się opłaciło. Ci co nie ruszyli się z miejsca i nic się nie
przejmowali, przynajmniej się najedli :-), a zaginieni w akcji wrócili
z kolesiem od kajaków. W końcu zaczęło kropić, a wracaliśmy w strugach
deszczu. Trafiliśmy idealnie w pogodę. Myślę, że początek sezonu został
otwarty. I to z dobrym skutkiem :-)
Tutaj możecie zobaczyć jak wyglądała strona
zapowiadająca spływ na Gwdzie.
|