|
|
kajakomania 2009
| kajakomania 2009 |
|
Paklica
(Lubrza
-
Skoki)
Jestem coraz bardziej leniwy, a Asi idzie naprawdę
dobrze. Jedyny komentarz
jaki mam do poniższej opowieści, że tak nie wszyscy mobilizowali,
że
jeszcze trochę i bym tam padł na pysk i już nie wstał.
Zaczęło się od marudzenia Łukiego, dlaczego namawiam na
spływ jesienny,
a potem nie mogę jechać w terminie, który wszystkim odpowiada (jak się
potem
okazało, odpowiadał on tylko Łukiemu). Potem było następne marudzenie,
że
to czwarty spływ w tym roku, że tylko osiem osób i cztery kajaki, że
siedem
osób i pięć kajaków, w końcu, że pięć osób i pięć kajaków...
Ze względu na te zawirowania w składzie wycieczki, musiałam w końcu
obiecać,
że już nigdy nie będę pomagać w organizowaniu spływów. Mimo to
marudzenie
Łukiego nasilało się aż do niedzielnego poziomu zaciętego milczenia,
ale o
tym za chwilę.
Pojechaliśmy na Paklicę w piątek po południu, nie zrażając się lekkim
załamaniem
pogody, i robiliśmy wszystko, żeby tradycyjnie przyjechać po zmroku i
rozbić
namioty przy światłach samochodowych, choć Łuki był gotowy o 17.03, a
podróż
autem miała trwać dwie godziny maksymalnie. Uff, udało się...
Spaliśmy w Szumiącej, na bardzo sympatycznym, wielkim i pustym polu
namiotowym
przy gospodarstwie agroturystycznym. Gospodarze bardzo uczynni,
oferowali kawę
i herbatę na każde wołanie, można było nawet zamówić u nich obiad na
sobotę - zamówiliśmy więc schaboszczaki, z pełną świadomością, że to
rozpusta jest, ten obiad dwudaniowy z kompotem na spływie.
Wieczór był bardzo ciepły. Ognisko bardzo kulturalne - wreszcie każdy z
nas
miał wygodny fotel, a Ola załapała się nawet na fotel bujany!
Kukurydzki i
patisonki stają się powoli stałym elementem menu ogniskowego, tak samo
jak
kiełbaski, które zostały z poprzednich spływów, i keczup z Włocławka
(pyszny jak zawsze). Dyskusję o tych, którzy przez 9 godzin szli, żeby
wrzucić
pierścionek do dziury z ogniem, przerwał deszcz. Przenieśliśmy się
zatem do
samochodu. Hm. W tym roku jest dobry klimat na imprezy w aucie :-)
Sobotni poranek powitał nas .... no w zasadzie to nas nie witał, tylko
wpędzał
z powrotem do namiotów. Było bardzo zimno i wietrznie i pochmurno. Przy
śniadaniu
pojawiały się wątki marudnicze (spływ we wrześniu??), ale twardo
postanowiliśmy mieć właściwe nastawienie i płynąć.
Droga na start prowadziła najpierw asfaltem, co sprawiło, że poczuliśmy
się
nieswojo, ale po chwili świat wrócił do normy - przedzieraliśmy się
przez
leśne wyboje wzdłuż autostrady, która ma być gotowa na Euro 2012.
Kolejne
auto Łukiego zdało test na terenowego jeepa landrovera cherokee
cruisera
4x4.
Na miejscu, trzęsąc się trochę z zimna, kibicowaliśmy Jahowi, który
zaklinał rzeczywistość odpalając tradycyjny komplecik kajakowy: krótkie
portki i koszulka bez rękawów (efekt psuła jedynie czapka polarowa).
Zwodowaliśmy kajaki do hm... strugi. Struga Paklica nie jest za
szeroka, nurt
zanika, co stwarza wyśmienite warunki do rozwoju rzęsy wodnej, parę
drzew
rzuciło się do wody, ale zdecydowanie hitem spływu było
kilkukilometrowe i
kilkukrotne przedzieranie się przez trzciny. Momentami mieliśmy
wrażenie, że
postawiliśmy kajaki na łące - to były te momenty, kiedy marudzenie
Łukiego
wzrastało. Na szczęście pogoda się poprawiła i można było pozbyć się
paru warstw ciuchów. Dmuchało jednak ciągle i choć w trzcinach nam to
nie
przeszkadzało, to na jeziorze cieszyliśmy się, że lecimy z wiatrem i z
falą,
a nie pod wiatr i pod fale. Zdarzyły się też nisko latające mostki i
rury,
pod którymi trzeba było się z kajakiem przeciskać, uważając, żeby nie
zaklinować głowy pomiędzy kajakiem a betonem. Ognisko sobotnie
poprzedzone było
kilkoma drzemkowymi piętnastkami Łukiego i Oli. Na tym też ognisku
finał
znalazła długo i przyznać muszę niezwykle skutecznie knuta intryga
Łukiego,
czyli Jahu pozbył się fajnego syna :-)
Niedziela była cieplejsza, a spływanie krótsze - to był ten fragment
strugi,
gdzie więcej było rzeki z drzewami do pokonania (Mateusz pokonywał je
śmiechem),
a mniej trzcin, choć Łuki ciągle marudził. Podobał mi się motyw
przewodni
tego marudzenia - gdy nie było wiadomo, gdzie trzeba płynąć, bo rzeka
zarosła,
to tam właśnie trzeba było płynąć.
Na sam koniec musieliśmy pokonać jezioro, którego końca nie było widać
-
na tym jeziorze marudzenie Łukiego skondensowało się do zamilknięcia.
Nie
pomogło, że po dopłynięciu do mety 4 osoby na 5 stwierdziły, że to był
bardzo fajny spływ, za który dzięki Łukiemu wielkie :-)
Dzięki mobilizacji w trzcinach (tzn. wszyscy mobilizowaliśmy Łukiego)
spływ
skończyliśmy na tyle wcześnie, że daliśmy radę załapać się na ostatnią
wycieczkę po MRU. PoMRUczeliśmy więc z nietoperzami i wróciliśmy do
domu.
Okrężną drogą :-)
Na
koniec stronka zapowiadająca spływ.
|
|
Korytnica-Drawa
(Nowa
Korytnica
- Stare Osieczno)
Alternatywna opowieść o spływie Korytnicą i Drawą oczyma
Asi Madaj :-).
Zaczęło się niezwykle - wyjechaliśmy co prawda w piątek
po południu, jak Organizator zaplanował, ale tylko pół godziny później,
niż Organizator zaplanował, a to dlatego, że Organizator się spóźnił...
Zapewne za chwilę przedstawi alternatywną wizję tej alternatywnej
historii, ale nie będziemy się teraz na niej skupiać. W każdym razie -
pojechaliśmy. Przed Czarnkowem wypadł nam pierwszy popas, w barze "Pod
Młynem", a tylko dlatego tak późno, gdyż nie mogliśmy się zdecydować na
żadną mijaną knajpę. Niestety, Łuki nie zdecydował się z nami popasać,
pognał do Sitnicy, gdzie mieliśmy nocleg na polu namiotowym. Pizza była
znakomita, baaardzo serowa. W zasadzie składała się tylko z sera.
Uzupełnienie zapasów na następny popas wypadło nam w Czarnkowie - piwo
noteckie... Jak to Łuki świetnie zaplanował, żeby spływać Korytnicą i
Drawą i szczęśliwie jechać przez Czarnków... :-) Jahu z kolei świetnie
wymyślił, żeby jechać na skróty. Być może jakiś wpływ na jego decyzję
miało noteckie w barze "Pod Młynem", wspomagane świeżo zapgrejdowanym
dżipiesem. W każdym razie, mając do wyboru 75 km asfaltu i 35 km drogi
innej, Jahu wybrał tę inną. Miał rację, bo od razu zrobiło się dość
surwiwalowo, bardzo lesiście, wąskodrożnie i wyboiście, a o to właśnie
chodzi, poza tym znów, tradycyjnie, mogliśmy rozbić namioty w nocy, w
świetle reflektorów samochodowych, i to mimo wyjechania z Poznania o
18.30 (dla porównania, Łuki opowiadał, że nasze koleżanki pokonały
trasę z Poznania do Sitnicy w rekordowym czasie około 2 godzin). I w
ten oto sposób razem z ekipą z samochodu Seby dorobiliśmy się ksywki
"Ci z Zagubionych Aut", nikt nie wie czemu, przecież wszystko odbyło
się zgodnie z planem.
Tego wieczoru mieliśmy własne ognisko. Było wyśmienicie i zapoznawczo i
bardzo gwiaździście. Pierwsza chyba noc na tegorocznych spływach, kiedy
nie padało! Siedzieliśmy, jedliśmy i gadaliśmy (głównie Radzio gadał
:-)), i alternatywnie gadaliśmy - pojawiły się pierwsze artystyczne
toasty naszej Pierwszej Toaściarki na Korytnicy, Kasi. Impreza
zakończyła się około czwartej rano (dzięki dla wytrwałych :-)). Sobota
- słoneczna, ciepła. Zrobiliśmy rundę na start z autami, gdzie czekała
na nas zarębiańska część wycieczki, której się start z noclegiem
pomylił, więc nocowali alternatywnie. Na starcie dyscyplina trochę
umarła, bo kajaki się spóźniały, więc towarzystwo się rozlazło.
Czekaliśmy i czekaliśmy. Na szczęście się doczekaliśmy - tak koło
południa. Ponieważ na polu namiotowym było dużo ludzi niestety, od razu
wywołało to obawy o korki na rzece. Jak się okazało, nie było tak źle.
Przez 24 sobotnie kilometry (ktoś narzekał??) mijaliśmy się tylko z
dwoma ekipami, które na szczęście dawały się łatwo wyprzedzać, więc
zdarzały się długie odcinki, kiedy płynęliśmy sami. I co najważniejsze
- po trzech podejściach udało się wykończyć Korytnicę!
Udało się też niestety wykończyć Asię i Dominikę, które jak się później
okazało wymiksowały się ze spływania w niedzielę.
Sobotni wieczór i kawałek nocy spędziliśmy pod wiatą, gdyż zabrakło dla
nas miejsca przy ogniskach - podczas naszej nieobecności Sitnicę
najechali barbarzyńcy, których dzikie krzyki i wrzaski, a nawet odgłosy
bitwy, słychać było całą noc, co sprawiło, że nazajutrz Łuki obudził
się nadmiernie poirytowany. Zatem z barbarzyńcami wokół grzecznie
jedliśmy, gadaliśmy (głównie Radzio gadał :-)), i alternatywnie
gadaliśmy - artystyczne toasty Kasi nabrały potężnej mocy. śpiewaliśmy
nawet, chóralnie (Radzio! no dobra, chórki też) i z akompaniamentem
(Lechu - brawa!). Nie wiem, skąd się wzięła gitara. O której się
impreza skończyła też nie wiem - bo to była znakomita impreza J Ile
było niedzielnych kilometrów też nie wiem, ale rzeka była ładna, ładnie
niosła, pogoda też była ładna, a Aga w tych pięknych okolicznościach
przyrody i niepowtarzalnych (wyśmienitych!) się nie mogła skupić w
kajaku, więc czasem tropiłyśmy węże wodne. Spływ zakończył się na tyle
wcześnie, że mogliśmy spotkać się na pożegnalnym obiedzie w słynnym już
barze "Pod Młynem" - słynnym nie tylko z sera i much, ale też i z
tajemniczego hasła Łukiego: "Jakbym wiedział, że tu chcecie jeść to
byśmy pojechali gdzie indziej...".
Ps. Ofiar nie było. Chyba :-)
Strona
zapowiadająca spływ.
|
|
Piława
(Nadarzyce
-
Czechyń)
To był pierwszy mój spływ, który był
organizowany przez profesjonalną firmę. Tzn. było ubezpieczenie, opieka
na spływie i wyżywienie w cenie. A ja tylko tam dogadywałem szczegóły
wyjazdu. Do tego był to spływ nie z moją stała paczką tylko z ludźmi z
pracy.
Pojechaliśmy w większości w piątek. Ognisko, kiełbaski - mało tego
zaproszony do naszego ogniska gitarzysta. Wszystko jakby w porządku, a
jednak nieswojo. Brak znajomych ze spływów mord. W nocy wygrzebałem się
z namiotu i sprawdziłem temperaturę 6'C. Zimno jak na lato :-).
W sobotę poszło sprawnie, śniadanie, pakowanie i wyjazd na start.
Pamiętam Piławę z moich pierwszych spływów, gdy na rzece było tylko
sześć naszych kajaków. Teraz mnóstwo ludzi. Aż strach pomyśleć co
będzie na Korytnicy. Popłynęliśmy.
W międzyczasie wplątała się nam inna grupa, która im dalej płynęliśmy
tym bardziej była spruta. Na końcu doszło do tego, że nie mogli trafić
w rzekę. Przestało być śmiesznie, a zaczęło się robić niebezpiecznie.
Najlepszy tekst, który usłyszałem na spływie to było "Skoro ja jestem
pijany i wg Ciebie nie mogę wiosłować, to masz tu wiosło i wiosłuj" -
tak powiedział do swojej 14-letniej córki spruty w trupa ojciec.
Wieczorkiem grill szykowany przez właściciela pola namiotowego "Przy
Białej Kładce", ognisko i spać. Ekipa nawet jakoś tak wcześnie
wymiękła. Nie wiem czy był to skutek imprezy dnia poprzedniego, czy
zmęczenia 20-sto kilometrową trasą.
Drugi dzień był super, popłynęliśmy z Mikołajem pierwsi i nikogo nie
spotkaliśmy. Cisza, spokój, zero krzyków. Nareszcie było tak jak
lubię.
Kila uwag końcowych: z ekipą z pracy można
popłynąć na spływ - myślałem, że będzie gorzej :-), spływy organizowane
są drogie jak jak jasny gwint, Piława to piękna rzeka, trzeba będzie
się zastanowić nad braniem urlopów na spływy, żeby uniknąć tłumów osób
na rzece.
|
|
Bóbr
(Nielestno
-
Bolesławiec)
No i po Bobrze.
Było pięknie, mimo że długo trwało zanim się zdecydowałem płynąć.
Tydzień przed spływem na rzece był stan alarmowy. Stan rzeki wyglądał
tak:
Oczywiście przez
Żagań nie płynęliśmy, ale pokazuje to jak wyglądała rzeka. W każdym
razie kilka dni przed spływem mieliśmy przygotowany plan B, który może
wykorzystamy we wrześniu (wrześniowa Paklica???).
Pojechaliśmy w
piątek wieczorem. Oczywiście rozbijaliśmy namioty w środku nocy.
Niektórzy mieli łatwiej - żółwie ninja są wśród nas :-). Inni musieli
tradycyjnie rozbijać namioty w chmarze komarów. Później okazało się, że
komary są tylko na naszym polu biwakowym i po tym poznawaliśmy, że już
jesteśmy blisko.
Wystartowaliśmy zgodnie z planem. Rzeka szeroka i z szybkim nurtem,
zupełnie inaczej niż do tej pory. Płynęliśmy bardzo szybko. Z różnic ,
które mnie zaskoczyły to stopnie przelewowe na rzece, które jak jest
dużo wody można przepływać, a jak mało to próg jest słuchy. My progi
tam gdzie się dało przepływaliśmy :-).
Na rzece były trzy zwalone drzewa. Właśnie te drzewa spowodowały, że
mój brat stracił definitywnie miano niewywracanego. Po przypadku z
Drawy po raz kolejny spektakularnie się wywrócił. Tym razem z moją żoną
:-). Wywrócili się na pierwszym drzewie, moja żona wisiała na drugim, a
mój brat z kajakiem na trzecim. Po prostu te przeszkody ich zaskoczyły.
Prąd był silny, porwało im jedno wiosło i był problem z pozbieraniem
się.
Muszę równie napisać o tym, że okazałem się bohaterskim ratownikiem
worku ze śmieciami :-). Wszedłem do wody i dałem się porwać prądowi,
aby wyłowić komórkę. Już w wodzie, na trzecim drzewie okazało się, że w
worku, w którym miała być komórka były śmieci :-). Ratując honor
ratownika na szczęście okazało się, że na trzecim drzewie wisi kurtka
przeciwdeszczowa, więc moje wejście do wody okazało się pożyteczne. A
jeszcze uratowałem FENISTIL, co w kontekście miliona komarów na polu
było większym osiągnięciem niż uratowanie kurtki
przeciwdeszczowej.
Tutaj możecie zobaczyć stronę zapowiadającą spływ.
Dzięki Jahowie, Mikołajowi i Sebie możecie na forum po zalogowaniu
pooglądać i ściągnąć zdjęcia.
|
|
Wel
(Dąbrówno - Straszewy)
Wel z osławionym Piekiełkiem.
Przyjechaliśmy w środę wieczorem na plażę miejską w Rybnie. To że przed
nami wysypało się ośmiu kolesi, którzy ledwie trzymało się na nogach to
nic. Poszliśmy obczaić całą plażę. Miejscowi robili sobie imprezę.
Cytując "całe stado nawalone", a chłopaki zaczynają jakieś miejscowe
porachunki. Niezbyt szczęśliwi takim obrotem sprawy ruszyliśmy na
poszukiwanie innego miejsca do rozbicia namiotów. W końcu rozbiliśmy
się na małej łące na przeciwległym brzegi jeziora. Tradycyjnie w
reflektorach samochodu. Później tylko jeszcze impreza na pace i
spać.
Pierwszy dzień spływania rozpoczął się bezproblemowo, no może oprócz
tego, że z nami wodowało się około 40 kajaków. Po prostu masakra. Po
drodze spotkaliśmy jeszcze grupę czerwonych kajaków (pewnie kolejne
20). Ludzie sympatyczni ale niedoświadczeni i w każdym kajaku dziecko.
Czułem się jak w Poznaniu w godzinach szczytu. Każda przeszkoda to
korek. Rzeka na tym odcinku płynie dość szybko i gdyby nie tyle kajaków
to przepłynięcie mogłoby przebiegać bardzo sprawnie. Później jeziorko i
w zasadzie koniec etapu. W jakiś cudowny sposób skombinowaliśmy drewno
na ognisko. Niestety tego wieczoru zmoczył nas pierwszy deszcz -
zapowiedź najbliższych dwóch dni.
Drugi dzień rozpoczął zimny poranek. Po dyskusjach
pogodowo-odległościowych i na wspomnienie ogniska, na którym Agnieszka
przedstawiła każdy szczegół trudności trasy, popłynąć zdecydowało się
zaledwie 5 osób (Dorota z Bogusiem, Mateusz, Jahu i ja). Na nasze
szczęście rozpogodziło się. Odcinek był długi i ciekawy tylko w
początkowej części. Później standardzik i oczekiwanie na most kolejowy
i bystrza. Bystrza były dwa: jedno pod mostem kolejowym, a drugie pod
drogowym i koniec. Byliśmy zawiedzeni. Wieczorkiem ognisko i całkiem
miły wieczór w Ciborzu u Pani Kamińskiej (przyzwoite pole za drakońską
cenę!!!).
Trzeci dzień przywitał nas deszczem. Długie czekanie na rozpogodzenie
nie przyniosło rezultatu więc postanowiłem, że płyniemy. Jakoś nie
bardzo podoba mi się jechanie 300 km na biwak, żeby siedzieć przez cały
dzień i gadać. Moja decyzja nie spodobała się większości spływowiczów.
Po krótkiej awanturze płynąć postanowiło 6 osób (Asia, Agnieszka F,
Dorota z Bogusiem, Jahu i ja). Skutkiem tej awantury są zmiany w zasadach spływania. Sześciu śmiałków popłynęło w
deszczu. Było nie najgorzej do mementu gdy nie musieliśmy przenosić
kajaka lub usiąść na zwalonym drzewie. Z ciekawostek Agnieszka F. dała
się złowić na wędkę. Branie było na kukurydzę :-). Na końcu etapu
czekała nas bardzo miła niespodzianka. Ola i Mateusz czekali na nas z
gorącą herbatą i chlebem. DZIęKI WAM SERDECZNE!!! Potem była jedyna w
swoim rodzaju impreza w samochodzie. Powiem tak, mimo sprzeczki rano,
mimo deszczu, zimna, był to jedne z najbardziej klimatycznych dni
spływowych, w których uczestniczyłem. Dużo spływów, imprezek, ognisk
było naprawdę ekstra - nie chce ich umniejszać, ale właśnie ten dzień
miał w sobie coś niesamowitego. I jeszcze jedna dygresja. Okazało się,
że w tym deszczu spływała grupa
emerytów - najstarszy miał 80 lat - i dali radę!!! Wielki szacunek!!!
Chciałbym się tak zestarzeć. Tym, co nie popłynęli, powinno w tym
kontekście być jednak trochę wstyd.
Czwarty dzień był zakręcony. Płynęliśmy z dwóch miejsc. Część dopłynęła
do miejsca w którym poprzedniej nocy spaliśmy (dwie Agnieszki, Marta,
Piotr, Adam i Irek). Cześć, która nie płynęła w deszczy wylądowało w
Starszewach (Ola, Mariola, Mariusz, Sebastian i Mateusz)- czyli tam
gdzie my (Asia, Agnieszka F, Dorota z
Bogusiem, Jahu i ja). Tym samym zaliczyliśmy Piekiełko. Był to chyba
najszybszy etap jaki płynęliśmy do tej pory. Mnie jednak zawiódł
ponieważ był bardzo krótki i emocje szybko opadły. Później musieliśmy
jeszcze pozbierać kajaki bo przez niedogadanie i brak zasięgu w erze
komórek koleś od kajaków musiał się najeździć w tę i z powrotem
oczywiście solidnie za to kasując :-(. Daliśmy jednak radę się
pozbierać i pojechaliśmy do domu to był mimo wszystko udany spływ.
W tym miejscu
chciałbym oficjalnie przeprosić wszystkich, których uraziłem w dzień
deszczowy. Powinienem mieć do tego większy dystans. Mam nadzieje, że
nowe zasady spływania spowodują, że na przyszłość taka sytuacja się nie
powtórzy. Poza tym chciałbym SZCZEGÓLNIE PRZEPROSIĆ Olę, Mateusza,
Mariolę, Mariusza i Sebastiana za wydarzenia na mecie. To była niczyja
wina. Po prostu nieporozumienie.
I na koniec. DZIĘKUJE WAM Asiu, Agnieszko
F., Doroto, Bogusiu, Jahu, że bez zastanowienia wsiedliście do kajaka
pomimo deszczu i zimna. Dla mnie jesteście THE BEST.
Zrobiło się ckliwie. KONIEC
Tu możecie zobaczyć stronkę zapowiadającą spływ.
|
|
|
|
|
| Witamy Gość |
| Obecny czas to 2026-11-02, 05:25 |
|
|