Forum cajakere 
necesse est
 vivere 
non est necesse

Tegorocznie
.... (8-9 lipca)

... (...)

... (...)


Menu
strona główna
egoistycznie
kajakomania
rowerownia
archiwum

Dodatkowo
forum
pomoc

logowanie do poczty

kajakomania 2009
kajakomania 2009
Paklica     Korytnica-Drawa     Piława     Bóbr     Wel 

Paklica (Lubrza - Skoki)

Jestem coraz bardziej leniwy, a Asi idzie naprawdę dobrze. Jedyny komentarz jaki mam do poniższej opowieści, że tak nie wszyscy  mobilizowali, że jeszcze trochę i bym tam padł na pysk i już nie wstał.

Zaczęło się od marudzenia Łukiego, dlaczego namawiam na spływ jesienny, a potem nie mogę jechać w terminie, który wszystkim odpowiada (jak się potem okazało, odpowiadał on tylko Łukiemu). Potem było następne marudzenie, że to czwarty spływ w tym roku, że tylko osiem osób i cztery kajaki, że siedem osób i pięć kajaków, w końcu, że pięć osób i pięć kajaków... 
Ze względu na te zawirowania w składzie wycieczki, musiałam w końcu obiecać, że już nigdy nie będę pomagać w organizowaniu spływów. Mimo to marudzenie Łukiego nasilało się aż do niedzielnego poziomu zaciętego milczenia, ale o tym za chwilę. 
Pojechaliśmy na Paklicę w piątek po południu, nie zrażając się lekkim załamaniem pogody, i robiliśmy wszystko, żeby tradycyjnie przyjechać po zmroku i rozbić namioty przy światłach samochodowych, choć Łuki był gotowy o 17.03, a podróż autem miała trwać dwie godziny maksymalnie. Uff, udało się... 
Spaliśmy w Szumiącej, na bardzo sympatycznym, wielkim i pustym polu namiotowym przy gospodarstwie agroturystycznym. Gospodarze bardzo uczynni, oferowali kawę i herbatę na każde wołanie, można było nawet zamówić u nich obiad na sobotę - zamówiliśmy więc schaboszczaki, z pełną świadomością, że to rozpusta jest, ten obiad dwudaniowy z kompotem na spływie. 
Wieczór był bardzo ciepły. Ognisko bardzo kulturalne - wreszcie każdy z nas miał wygodny fotel, a Ola załapała się nawet na fotel bujany! Kukurydzki i patisonki stają się powoli stałym elementem menu ogniskowego, tak samo jak kiełbaski, które zostały z poprzednich spływów, i keczup z Włocławka (pyszny jak zawsze). Dyskusję o tych, którzy przez 9 godzin szli, żeby wrzucić pierścionek do dziury z ogniem, przerwał deszcz. Przenieśliśmy się zatem do samochodu. Hm. W tym roku jest dobry klimat na imprezy w aucie :-) 
Sobotni poranek powitał nas .... no w zasadzie to nas nie witał, tylko wpędzał z powrotem do namiotów. Było bardzo zimno i wietrznie i pochmurno. Przy śniadaniu pojawiały się wątki marudnicze (spływ we wrześniu??), ale twardo postanowiliśmy mieć właściwe nastawienie i płynąć. 
Droga na start prowadziła najpierw asfaltem, co sprawiło, że poczuliśmy się nieswojo, ale po chwili świat wrócił do normy - przedzieraliśmy się przez leśne wyboje wzdłuż autostrady, która ma być gotowa na Euro 2012. Kolejne auto Łukiego zdało test na terenowego jeepa landrovera cherokee cruisera 4x4. 
Na miejscu, trzęsąc się trochę z zimna, kibicowaliśmy Jahowi, który zaklinał rzeczywistość odpalając tradycyjny komplecik kajakowy: krótkie portki i koszulka bez rękawów (efekt psuła jedynie czapka polarowa).
Zwodowaliśmy kajaki do hm... strugi. Struga Paklica nie jest za szeroka, nurt zanika, co stwarza wyśmienite warunki do rozwoju rzęsy wodnej, parę drzew rzuciło się do wody, ale zdecydowanie hitem spływu było kilkukilometrowe i kilkukrotne przedzieranie się przez trzciny. Momentami mieliśmy wrażenie, że postawiliśmy kajaki na łące - to były te momenty, kiedy marudzenie Łukiego wzrastało. Na szczęście pogoda się poprawiła i można było pozbyć się paru warstw ciuchów. Dmuchało jednak ciągle i choć w trzcinach nam to nie przeszkadzało, to na jeziorze cieszyliśmy się, że lecimy z wiatrem i z falą, a nie pod wiatr i pod fale. Zdarzyły się też nisko latające mostki i rury, pod którymi trzeba było się z kajakiem przeciskać, uważając, żeby nie zaklinować głowy pomiędzy kajakiem a betonem. Ognisko sobotnie poprzedzone było kilkoma drzemkowymi piętnastkami Łukiego i Oli. Na tym też ognisku finał znalazła długo i przyznać muszę niezwykle skutecznie knuta intryga Łukiego, czyli Jahu pozbył się fajnego syna :-) 
Niedziela była cieplejsza, a spływanie krótsze - to był ten fragment strugi, gdzie więcej było rzeki z drzewami do pokonania (Mateusz pokonywał je śmiechem), a mniej trzcin, choć Łuki ciągle marudził. Podobał mi się motyw przewodni tego marudzenia - gdy nie było wiadomo, gdzie trzeba płynąć, bo rzeka zarosła, to tam właśnie trzeba było płynąć. 
Na sam koniec musieliśmy pokonać jezioro, którego końca nie było widać - na tym jeziorze marudzenie Łukiego skondensowało się do zamilknięcia. Nie pomogło, że po dopłynięciu do mety 4 osoby na 5 stwierdziły, że to był bardzo fajny spływ, za który dzięki Łukiemu wielkie :-) 
Dzięki mobilizacji w trzcinach (tzn. wszyscy mobilizowaliśmy Łukiego) spływ skończyliśmy na tyle wcześnie, że daliśmy radę załapać się na ostatnią wycieczkę po MRU. PoMRUczeliśmy więc z nietoperzami i wróciliśmy do domu. Okrężną drogą :-)

Na koniec stronka zapowiadająca spływ.


Korytnica-Drawa (Nowa Korytnica - Stare Osieczno)

Alternatywna opowieść o spływie Korytnicą i Drawą oczyma Asi Madaj :-).

Zaczęło się niezwykle - wyjechaliśmy co prawda w piątek po południu, jak Organizator zaplanował, ale tylko pół godziny później, niż Organizator zaplanował, a to dlatego, że Organizator się spóźnił... Zapewne za chwilę przedstawi alternatywną wizję tej alternatywnej historii, ale nie będziemy się teraz na niej skupiać. W każdym razie - pojechaliśmy. Przed Czarnkowem wypadł nam pierwszy popas, w barze "Pod Młynem", a tylko dlatego tak późno, gdyż nie mogliśmy się zdecydować na żadną mijaną knajpę. Niestety, Łuki nie zdecydował się z nami popasać, pognał do Sitnicy, gdzie mieliśmy nocleg na polu namiotowym. Pizza była znakomita, baaardzo serowa. W zasadzie składała się tylko z sera. Uzupełnienie zapasów na następny popas wypadło nam w Czarnkowie - piwo noteckie... Jak to Łuki świetnie zaplanował, żeby spływać Korytnicą i Drawą i szczęśliwie jechać przez Czarnków... :-) Jahu z kolei świetnie wymyślił, żeby jechać na skróty. Być może jakiś wpływ na jego decyzję miało noteckie w barze "Pod Młynem", wspomagane świeżo zapgrejdowanym dżipiesem. W każdym razie, mając do wyboru 75 km asfaltu i 35 km drogi innej, Jahu wybrał tę inną. Miał rację, bo od razu zrobiło się dość surwiwalowo, bardzo lesiście, wąskodrożnie i wyboiście, a o to właśnie chodzi, poza tym znów, tradycyjnie, mogliśmy rozbić namioty w nocy, w świetle reflektorów samochodowych, i to mimo wyjechania z Poznania o 18.30 (dla porównania, Łuki opowiadał, że nasze koleżanki pokonały trasę z Poznania do Sitnicy w rekordowym czasie około 2 godzin). I w ten oto sposób razem z ekipą z samochodu Seby dorobiliśmy się ksywki "Ci z Zagubionych Aut", nikt nie wie czemu, przecież wszystko odbyło się zgodnie z planem. 
Tego wieczoru mieliśmy własne ognisko. Było wyśmienicie i zapoznawczo i bardzo gwiaździście. Pierwsza chyba noc na tegorocznych spływach, kiedy nie padało! Siedzieliśmy, jedliśmy i gadaliśmy (głównie Radzio gadał :-)), i alternatywnie gadaliśmy - pojawiły się pierwsze artystyczne toasty naszej Pierwszej Toaściarki na Korytnicy, Kasi. Impreza zakończyła się około czwartej rano (dzięki dla wytrwałych :-)). Sobota - słoneczna, ciepła. Zrobiliśmy rundę na start z autami, gdzie czekała na nas zarębiańska część wycieczki, której się start z noclegiem pomylił, więc nocowali alternatywnie. Na starcie dyscyplina trochę umarła, bo kajaki się spóźniały, więc towarzystwo się rozlazło. Czekaliśmy i czekaliśmy. Na szczęście się doczekaliśmy - tak koło południa. Ponieważ na polu namiotowym było dużo ludzi niestety, od razu wywołało to obawy o korki na rzece. Jak się okazało, nie było tak źle. Przez 24 sobotnie kilometry (ktoś narzekał??) mijaliśmy się tylko z dwoma ekipami, które na szczęście dawały się łatwo wyprzedzać, więc zdarzały się długie odcinki, kiedy płynęliśmy sami. I co najważniejsze - po trzech podejściach udało się wykończyć Korytnicę! 
Udało się też niestety wykończyć Asię i Dominikę, które jak się później okazało wymiksowały się ze spływania w niedzielę. 
Sobotni wieczór i kawałek nocy spędziliśmy pod wiatą, gdyż zabrakło dla nas miejsca przy ogniskach - podczas naszej nieobecności Sitnicę najechali barbarzyńcy, których dzikie krzyki i wrzaski, a nawet odgłosy bitwy, słychać było całą noc, co sprawiło, że nazajutrz Łuki obudził się nadmiernie poirytowany. Zatem z barbarzyńcami wokół grzecznie jedliśmy, gadaliśmy (głównie Radzio gadał :-)), i alternatywnie gadaliśmy - artystyczne toasty Kasi nabrały potężnej mocy. śpiewaliśmy nawet, chóralnie (Radzio! no dobra, chórki też) i z akompaniamentem (Lechu - brawa!). Nie wiem, skąd się wzięła gitara. O której się impreza skończyła też nie wiem - bo to była znakomita impreza J Ile było niedzielnych kilometrów też nie wiem, ale rzeka była ładna, ładnie niosła, pogoda też była ładna, a Aga w tych pięknych okolicznościach przyrody i niepowtarzalnych (wyśmienitych!) się nie mogła skupić w kajaku, więc czasem tropiłyśmy węże wodne. Spływ zakończył się na tyle wcześnie, że mogliśmy spotkać się na pożegnalnym obiedzie w słynnym już barze "Pod Młynem" - słynnym nie tylko z sera i much, ale też i z tajemniczego hasła Łukiego: "Jakbym wiedział, że tu chcecie jeść to byśmy pojechali gdzie indziej...".

Ps. Ofiar nie było. Chyba :-)

Strona zapowiadająca spływ.


Piława (Nadarzyce - Czechyń)

To był pierwszy mój spływ, który był organizowany przez profesjonalną firmę. Tzn. było ubezpieczenie, opieka na spływie i wyżywienie w cenie. A ja tylko tam dogadywałem szczegóły wyjazdu. Do tego był to spływ nie z moją stała paczką tylko z ludźmi z pracy.
Pojechaliśmy w większości w piątek. Ognisko, kiełbaski - mało tego zaproszony do naszego ogniska gitarzysta. Wszystko jakby w porządku, a jednak nieswojo. Brak znajomych ze spływów mord. W nocy wygrzebałem się z namiotu i sprawdziłem temperaturę 6'C. Zimno jak na lato :-).
W sobotę poszło sprawnie, śniadanie, pakowanie i wyjazd na start. Pamiętam Piławę z moich pierwszych spływów, gdy na rzece było tylko sześć naszych kajaków. Teraz mnóstwo ludzi. Aż strach pomyśleć co będzie na Korytnicy. Popłynęliśmy. 
W międzyczasie wplątała się nam inna grupa, która im dalej płynęliśmy tym bardziej była spruta. Na końcu doszło do tego, że nie mogli trafić w rzekę. Przestało być śmiesznie, a zaczęło się robić niebezpiecznie. Najlepszy tekst, który usłyszałem na spływie to było "Skoro ja jestem pijany i wg Ciebie nie mogę wiosłować, to masz tu wiosło i wiosłuj" - tak powiedział do swojej 14-letniej córki spruty w trupa ojciec.
Wieczorkiem grill szykowany przez właściciela pola namiotowego "Przy Białej Kładce", ognisko i spać. Ekipa nawet jakoś tak wcześnie wymiękła. Nie wiem czy był to skutek imprezy dnia poprzedniego, czy zmęczenia 20-sto kilometrową trasą. 
Drugi dzień był super, popłynęliśmy z Mikołajem pierwsi i nikogo nie spotkaliśmy. Cisza, spokój, zero krzyków. Nareszcie było tak jak lubię. 

Kila uwag końcowych: z ekipą z pracy można popłynąć na spływ - myślałem, że będzie gorzej :-), spływy organizowane są drogie jak jak jasny gwint, Piława to piękna rzeka, trzeba będzie się zastanowić nad braniem urlopów na spływy, żeby uniknąć tłumów osób na rzece. 


Bóbr (Nielestno - Bolesławiec)

No i po Bobrze. Było pięknie, mimo że długo trwało zanim się zdecydowałem płynąć. Tydzień przed spływem na rzece był stan alarmowy. Stan rzeki wyglądał tak:

Oczywiście przez Żagań nie płynęliśmy, ale pokazuje to jak wyglądała rzeka. W każdym razie kilka dni przed spływem mieliśmy przygotowany plan B, który może wykorzystamy we wrześniu (wrześniowa Paklica???).

Pojechaliśmy w piątek wieczorem. Oczywiście rozbijaliśmy namioty w środku nocy. Niektórzy mieli łatwiej - żółwie ninja są wśród nas :-). Inni musieli tradycyjnie rozbijać namioty w chmarze komarów. Później okazało się, że komary są tylko na naszym polu biwakowym i po tym poznawaliśmy, że już jesteśmy blisko. 
Wystartowaliśmy zgodnie z planem. Rzeka szeroka i z szybkim nurtem, zupełnie inaczej niż do tej pory. Płynęliśmy bardzo szybko. Z różnic , które mnie zaskoczyły to stopnie przelewowe na rzece, które jak jest dużo wody można przepływać, a jak mało to próg jest słuchy. My progi tam gdzie się dało przepływaliśmy :-). 
Na rzece były trzy zwalone drzewa. Właśnie te drzewa spowodowały, że mój brat stracił definitywnie miano niewywracanego. Po przypadku z Drawy po raz kolejny spektakularnie się wywrócił. Tym razem z moją żoną :-). Wywrócili się na pierwszym drzewie, moja żona wisiała na drugim, a mój brat z kajakiem na trzecim. Po prostu te przeszkody ich zaskoczyły. Prąd był silny, porwało im jedno wiosło i był problem z pozbieraniem się. 
Muszę równie napisać o tym, że okazałem się bohaterskim ratownikiem worku ze śmieciami :-). Wszedłem do wody i dałem się porwać prądowi, aby wyłowić komórkę. Już w wodzie, na trzecim drzewie okazało się, że w worku, w którym miała być komórka były śmieci :-). Ratując honor ratownika na szczęście okazało się, że na trzecim drzewie wisi kurtka przeciwdeszczowa, więc moje wejście do wody okazało się pożyteczne. A jeszcze uratowałem FENISTIL, co w kontekście miliona komarów na polu było większym osiągnięciem niż uratowanie kurtki przeciwdeszczowej. 

Tutaj możecie zobaczyć stronę zapowiadającą spływ. Dzięki Jahowie, Mikołajowi i Sebie możecie na forum po zalogowaniu pooglądać i ściągnąć zdjęcia.


Wel (Dąbrówno - Straszewy)

Wel z osławionym Piekiełkiem. Przyjechaliśmy w środę wieczorem na plażę miejską w Rybnie. To że przed nami wysypało się ośmiu kolesi, którzy ledwie trzymało się na nogach to nic. Poszliśmy obczaić całą plażę. Miejscowi robili sobie imprezę. Cytując "całe stado nawalone", a chłopaki zaczynają jakieś miejscowe porachunki. Niezbyt szczęśliwi takim obrotem sprawy ruszyliśmy na poszukiwanie innego miejsca do rozbicia namiotów. W końcu rozbiliśmy się na małej łące na przeciwległym brzegi jeziora. Tradycyjnie w reflektorach samochodu. Później tylko jeszcze impreza na pace i spać. 
Pierwszy dzień spływania rozpoczął się bezproblemowo, no może oprócz tego, że z nami wodowało się około 40 kajaków. Po prostu masakra. Po drodze spotkaliśmy jeszcze grupę czerwonych kajaków (pewnie kolejne 20). Ludzie sympatyczni ale niedoświadczeni i w każdym kajaku dziecko. Czułem się jak w Poznaniu w godzinach szczytu. Każda przeszkoda to korek. Rzeka na tym odcinku płynie dość szybko i gdyby nie tyle kajaków to przepłynięcie mogłoby przebiegać bardzo sprawnie. Później jeziorko i w zasadzie koniec etapu. W jakiś cudowny sposób skombinowaliśmy drewno na ognisko. Niestety tego wieczoru zmoczył nas pierwszy deszcz - zapowiedź najbliższych dwóch dni. 
Drugi dzień rozpoczął zimny poranek. Po dyskusjach pogodowo-odległościowych i na wspomnienie ogniska, na którym Agnieszka przedstawiła każdy szczegół trudności trasy, popłynąć zdecydowało się zaledwie 5 osób (Dorota z Bogusiem, Mateusz, Jahu i ja). Na nasze szczęście rozpogodziło się. Odcinek był długi i ciekawy tylko w początkowej części. Później standardzik i oczekiwanie na most kolejowy i bystrza. Bystrza były dwa: jedno pod mostem kolejowym, a drugie pod drogowym i koniec. Byliśmy zawiedzeni. Wieczorkiem ognisko i całkiem miły wieczór w Ciborzu u Pani Kamińskiej (przyzwoite pole za drakońską cenę!!!). 
Trzeci dzień przywitał nas deszczem. Długie czekanie na rozpogodzenie nie przyniosło rezultatu więc postanowiłem, że płyniemy. Jakoś nie bardzo podoba mi się jechanie 300 km na biwak, żeby siedzieć przez cały dzień i gadać. Moja decyzja nie spodobała się większości spływowiczów. Po krótkiej awanturze płynąć postanowiło 6 osób (Asia, Agnieszka F, Dorota z Bogusiem, Jahu i ja). Skutkiem tej awantury są zmiany w zasadach spływania. Sześciu śmiałków popłynęło w deszczu. Było nie najgorzej do mementu gdy nie musieliśmy przenosić kajaka lub usiąść na zwalonym drzewie. Z ciekawostek Agnieszka F. dała się złowić na wędkę. Branie było na kukurydzę :-). Na końcu etapu czekała nas bardzo miła niespodzianka. Ola i Mateusz czekali na nas z gorącą herbatą i chlebem. DZIęKI WAM SERDECZNE!!! Potem była jedyna w swoim rodzaju impreza w samochodzie. Powiem tak, mimo sprzeczki rano, mimo deszczu, zimna, był to jedne z najbardziej klimatycznych dni spływowych, w których uczestniczyłem. Dużo spływów, imprezek, ognisk było naprawdę ekstra - nie chce ich umniejszać, ale właśnie ten dzień miał w sobie coś niesamowitego. I jeszcze jedna dygresja. Okazało się, że w tym deszczu spływała grupa emerytów - najstarszy miał 80 lat - i dali radę!!! Wielki szacunek!!! Chciałbym się tak zestarzeć. Tym, co nie popłynęli, powinno w tym kontekście być jednak trochę wstyd.
Czwarty dzień był zakręcony. Płynęliśmy z dwóch miejsc. Część dopłynęła do miejsca w którym poprzedniej nocy spaliśmy (dwie Agnieszki, Marta, Piotr, Adam i Irek). Cześć, która nie płynęła w deszczy wylądowało w Starszewach (Ola, Mariola, Mariusz, Sebastian i Mateusz)- czyli tam gdzie my (Asia, Agnieszka F, Dorota z Bogusiem, Jahu i ja). Tym samym zaliczyliśmy Piekiełko. Był to chyba najszybszy etap jaki płynęliśmy do tej pory. Mnie jednak zawiódł ponieważ był bardzo krótki i emocje szybko opadły. Później musieliśmy jeszcze pozbierać kajaki bo przez niedogadanie i brak zasięgu w erze komórek koleś od kajaków musiał się najeździć w tę i z powrotem oczywiście solidnie za to kasując :-(. Daliśmy jednak radę się pozbierać i pojechaliśmy do domu to był mimo wszystko udany spływ.

W tym miejscu chciałbym oficjalnie przeprosić wszystkich, których uraziłem w dzień deszczowy. Powinienem mieć do tego większy dystans. Mam nadzieje, że nowe zasady spływania spowodują, że na przyszłość taka sytuacja się nie powtórzy. Poza tym chciałbym SZCZEGÓLNIE PRZEPROSIĆ Olę, Mateusza, Mariolę, Mariusza i Sebastiana za wydarzenia na mecie. To była niczyja wina. Po prostu nieporozumienie. 

I na koniec. DZIĘKUJE WAM Asiu, Agnieszko F., Doroto, Bogusiu, Jahu, że bez zastanowienia wsiedliście do kajaka pomimo deszczu i zimna. Dla mnie jesteście THE BEST.

Zrobiło się ckliwie. KONIEC

Tu możecie zobaczyć stronkę zapowiadającą spływ.



Witamy Gość
Obecny czas to 2026-11-02, 05:25

Zaloguj
Użytkownik:
Hasło:
Zapamiętaj 
Zapomniałem hasła
Rejestracja

Szybka rejestracja
Użytkownik:
Hasło: Potwierdź Hasło:
E-mail: @
      

Szukaj
Szukaj:
Szukaj w:

Zaawansowane wyszukiwanie


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group